
– Niech zgadnę. Ambasador Broitenburga?
– Tak.
– A Broitenburg jest… Pewnie gdzieś w Europie? – uśmiechnęła się.
Był to spontaniczny, niewymuszony uśmiech, tak różny od nieszczerych min Lary i tak piękny, że Mark aż oniemiał z zachwytu.
Co też mu przychodziło do głowy? Siostra Lary przecież nie może mnie interesować w najmniejszym stopniu, pomyślał gniewnie.
– Nie wie pani, gdzie leży Broitenburg? – oburzył się Charles, na co ona uśmiechnęła się jeszcze bardziej beztrosko. Miała nad nimi przewagę. Całe dziesięć metrów. Nic nie mogli jej zrobić.
– Nigdy nie byłam dobra z geografii. Zresztą i tak zakończyłam edukację szkolną, gdy miałam piętnaście lat.
Niechęć Mark do tej kobiety jeszcze wzrosła. Nie dość, że siostra Lary, to jeszcze prawie analfabetka. Coraz lepiej.
– Broitenburg leży między Austrią a Niemcami – objaśnił wyniośle Charles.
– Chyba kiedyś coś mi się obiło o uszy. To jedno z tych małych księstewek?
– Wielkość to nie wszystko – rzucił z urazą ambasador.
– Zapewne – zgodziła się uprzejmie. – Miło mi było panów poznać, ale muszę wracać do pracy.
– Mówiłem, że jest mi pani potrzebna – przypomniał chłodno Mark.
Tammy, która właśnie zamierzała wspiąć się wyżej, ponownie spojrzała na niego.
– Nie pojadę do Broitenburga – oznajmiła rzeczowo. – Ciągle ktoś proponuje mi pracę, ale ja nie jestem zainteresowana.
Mark popatrzył na nią ze zdumieniem. Naprawdę myślała, że leciał przez pół świata specjalnie po to, żeby doglądała drzew w jego księstwie? Że właśnie w tym celu błąkał się po australijskim buszu w galowym stroju?
Swoją drogą, nienawidził tego paradnego ubioru. Nie znosił zadęcia i pompy. Irytował go napuszony ambasador i jego ordynarnie wielka limuzyna. To wszystko działało mu na nerwy. Mark szczerze nie cierpiał roli regenta i gorąco pragnął uwolnić się od niej. Tak się jednak złożyło, że spełnienie jego marzeń zależało od tej dziewczyny.
