— Nie — rzekł pogodnie Jack — nie muszę. — Przypomniał sobie wspinaczkę na wzgórze i fakt, że to, co wziął — za dziecko, okazało się lisem. A także to, że sympatyczny dozorca odprowadził go na ulicę. Wsunął nóż do ukrytej pochwy. — No cóż — dodał — dobranoc.

— Dobrej nocy życzę — odparł nieznajomy, którego Jack omyłkowo wziął za dozorcę.

Mężczyzna imieniem Jack ruszył w dół zbocza.

Nieznajomy obserwował go z cienia, dopóki tamten nie zniknął mu z oczu, następnie ruszył przez noc w górę, w miejsce niepodzielnie zdominowane przez obelisk i wkopany w ziemię płaski kamień, poświęcony pamięci Josiaha Worthingtona, miejscowego piwowara, polityka, a później baroneta, który niemal trzysta lat wcześniej kupił stary cmentarz i ziemię wokół niego i przekazał w wieczne użytkowanie miastu. Dla siebie przeznaczył najlepsze miejsce na wzgórzu — naturalny amfiteatr z widokiem na miasto w dole — i dopilnował, by cmentarz przetrwał jako cmentarz. Jego mieszkańcy byli mu wdzięczni, choć może nie aż tak, jak tego oczekiwał Josiah Worthington, baronet.

Na cmentarzu spoczywało około dziesięciu tysięcy dusz, lecz większość spała głęboko albo nie interesowała się conocnymi wydarzeniami, toteż w blasku księżyca w amfiteatrze zgromadziły się ich niecałe trzy setki.

Nieznajomy dotarł do nich bezszelestnie niczym mgła i w milczeniu obserwował z cienia dyskusję.

Przemawiał właśnie Josiah Worthington.

— Ależ dobrodziejko — rzekł. — Twój upór jest… Czyż nie widzisz sama, jaki jest śmieszny?

— Nie — odparła pani Owens. — Nie widzę.

Siedziała na ziemi ze skrzyżowanymi nogami, żywe dziecko spało jej na kolanach. Oplotła jego głowę bladymi dłońmi.

— Pani Owens, jeśli wielmożny pan pozwoli, próbuje rzec, że nie widzi tego w ten sposób — oznajmił pan Owens, stojący obok niej. — Uważa to za wypełnienie obowiązku.



10 из 194