
Pan Owens poznał Josiaha Worthingtona, kiedy obaj jeszcze żyli. W swoim czasie wyszykował kilka pięknych mebli do jego dworu nieopodal Inglesham i wciąż żywił przed nim nabożny lęk.
— Jej obowiązek? — Josiah Worthington, baronet, potrząsnął głową, jakby chciał się pozbyć pasma pajęczyny. Obowiązki, dobrodziejko, masz wobec cmentarza i dobra tych, którzy tworzą wspólnotę bezcielesnych duchów, zjaw i podobnych upiorów. I obowiązek nakazuje ci jak najszybciej oddać to stworzenie do jego naturalnego domu, czyli nie tutaj.
— Matka chłopczyka dała mi go — odparła pani Owens, jakby to wszystko wyjaśniało.
— Moja droga niewiasto…
— Nie jestem twoją drogą niewiastą. — Pani Owens podniosła się z ziemi. — Po prawdzie w ogóle nie wiem, czemu tu jestem i rozmawiam z całą waszą bandą patentowanych durniów, skoro chłopiec wkrótce obudzi się głodny. Chciałabym tylko wiedzieć, gdzie znajdę dla niego strawę na tym cmentarzu.
— I — wtrącił sztywno Kajus Pompejusz — dokładnie w tym rzecz. Czym będziesz go karmić? Jak możesz się nim opiekować?
Oczy pani Owens płonęły.
— Potrafię się nim zająć — rzuciła — równie dobrze jak jego własna mama. Już mi go oddała. Spójrzcie… Przecież go trzymam. Dotykam.
— Bądź rozsądna, Betsy — odezwała się Mateczka Slaughter, drobne stworzenie w wielkim czepku i pelerynie, które nosiła za życia i w których ją pochowano. — Gdzie on będzie mieszkał?
— Tutaj — ucięła pani Owens. — Możemy obdarzyć go Swobodą Cmentarza.
Usta mateczki Slaughter zamieniły się w małe „o".
— Ale — zaczęła — ale ja nigdy — dodała.
— A czemuż by nie? W końcu to nie pierwszy raz obdarzylibyśmy przybysza z zewnątrz Swobodą Cmentarza.
— To prawda — zgodził się Kajus Pompejusz. — Ale on nie był żywy, Po tych słowach nieznajomy uświadomił sobie, czy tego chce, czy nie, że on także został wciągnięty do rozmowy, i niechętnie wyłonił się z cieni, odrywając się od nich niczym plama ciemności.
