
— Nie — zgodził się — nie jestem żywy. Ale uznaję racje pani Owens.
— Naprawdę, Silasie? — spytał Josiah Worthington.
— Naprawdę. Na dobre czy na złe — a szczerze wierzę, że na dobre — pani Owens i jej małżonek przyjęli to dziecko pod swą pieczę. Lecz, by wychować dziecko, trzeba czegoś więcej niż para poczciwych dusz. Trzeba całego cmentarza.
— A co z jedzeniem i resztą?
— Ja mogę opuszczać cmentarz i wracać. Przyniosę mu jedzenie.
— Dobrze ci to mówić — upierała się Mateczka Slaughter. — Ale ty pojawiasz się i znikasz i nikt nie wie, gdzie się podziewasz. Gdybyś nie wrócił przez tydzień, chłopiec mógłby umrzeć.
— Mądra z ciebie kobieta — rzekł Silas. — Widzę już, czemu wszyscy mówią o tobie z szacunkiem. — Nie mógł wpływać na umysły martwych tak jak na żywych, ale posługiwać się wszelkimi narzędziami pochlebstwa i perswazji, jakimi dysponował, owszem. A umarli nie są na nie odporni. Nagle podjął decyzję. — No dobrze, jeśli pan i pani Owens zostaną rodzicami, ja będę jego opiekunem. Pozostanę tutaj, a gdybym musiał odejść, dopilnuję, by ktoś zajął moje miejsce, sprowadzał dziecku jedzenie i zajmował się nim. Możemy skorzystać z krypty w kaplicy.
— Ale — nie poddawał się Josiah Worthington. — Ale.
Ludzkie dziecko. Żywe dziecko. To znaczy. To znaczy, znaczy. To przecież cmentarz, nie pokój dziecinny, do diaska!
— Właśnie — przytaknął Silas. — Dobrze powiedziane, sir Josiahu, sam lepiej bym tego nie ujął. I z tej właśnie przyczyny, jeśli nie z innej, jest tak ważne, by wychować dziecko, jak najmniej zakłócając, jeśli wybaczycie mi to słowo, życie cmentarne. — To rzekłszy, podszedł lekkim krokiem do pani Owens i spojrzał na niemowlę śpiące w jej ramionach. Uniósł brew. — Czy on ma jakieś imię, pani Owens?
— Jego matka mi go nie podała.
