
— To banan. Owoc z tropików. O ile mi wiadomo, najpierw zdziera się łupinę — rzekł Silas. — O tak.
Dziecko — Nikt — szarpnęło się w ramionach pani Owens, która postawiła chłopczyka na kamiennej posadzce. Maluch podreptał szybko do Silasa, chwycił go za nogawkę i pociągnął.
Silas podał mu banana.
Pani Owens patrzyła, jak chłopiec je.
— Ba-nan — powtórzyła z powątpiewaniem. — Nigdy o nich nie słyszałam. Nigdy. Jak to smakuje?
— Nie mam bladego pojęcia — przyznał Silas, który żywił się tylko jednym, i to nie były banany. — Moglibyśmy przygotować tu chłopcu posłanie.
— Nie ma mowy. Owens i ja mamy przecież uroczy, przytulny grób przy grządce żonkili; mnóstwo tam miejsca dla malucha. Poza tym — dodała w obawie, że Silas mógłby uznać, że odrzuca jego gościnność — nie chcę, żeby chłopak ci przeszkadzał.
— Nie przeszkadzałby mi.
Chłopczyk skończył jeść banana. Tym, co zostało, wysmarował się cały. Uśmiechnął się promiennie, umorusany i rumiany.
— Nan — powiedział radośnie.
— Cóż za sprytne stworzenie. — Pani Owens zacmokała. — I co za świntuszek! Zaraz się tobą zajmę, mały wiercipięto. — Zaczęła wydłubywać kawałki banana z jego ubrania i włosów. — Jak myślisz, jaką podejmą decyzję?
— Nie wiem.
— Nie mogę go oddać. Nie po tym, co przyrzekłam jego mamie.
— Choć w swoim czasie bywałem różnymi rzeczami oznajmił Silas — to nigdy matką. I nie zamierzam nawet próbować. Ale mogę opuścić to miejsce.
— Ja nie mogę — powiedziała pani Owens. — Moje kości są tutaj. Podobnie Owensa. Nigdy stąd nie odejdę.
— Dobrze byłoby mieć jakieś miejsce, do którego się przynależy — rzekł Silas. — Swój dom.
W jego głosie nie zadźwięczała nawet najsłabsza nutka żalu, był suchszy niż pustynia i słowa Silasa zabrzmiały jakby po prostu mówił coś oczywistego. Pani Owens nie zaprzeczyła.
