— Pani Owens? — spytał, pochodził bowiem z bardziej formalnych czasów niż obecne. — Czy to jest to, o czym myślę?

W tym momencie przedmiot ich zainteresowania najwyraźniej dostrzegł panią Owens, bo otworzył usta, upuszczając na ziemię gumowy sutek, który dotąd ssał, i wyciągnął małą pulchną piąstkę, jakby ze wszystkich sił próbował chwycić blady palec pani Owens.

— A niech mnie dunder świśnie — rzekł pan Owens — jeśli to nie dziecko.

— Oczywiście, że to dziecko — odparła jego żona. — Pytanie, co mamy z nim począć?

— Śmiem twierdzić, że to istotnie pytanie, pani Owens przytaknął jej mąż. — Tyle że nie nasze, bo to dziecko bez wątpienia żyje, a tym samym nie ma z nami nic wspólnego i nie należy do naszego świata.

— Popatrz, jak się uśmiecha — rzekła pani Owens. — Ma najsłodszy uśmiech na świecie. — I niematerialną ręką pogładziła rzadkie jasne włoski dziecka. Chłopczyk zachichotał z radości.

Chłodny wiatr powiał przez cmentarz, rozpraszając mgłę w niższych partiach (cmentarz bowiem zajmował cały szczyt wzgórza i jego ścieżki pięły się w górę, opadały w dół i zapętlały). Grzechot: ktoś przy głównej bramie ciągnął ją i szarpał, potrząsając starą kratą, ciężką kłódką i łańcuchem przytrzymującym oba skrzydła.

— No proszę — rzekł Owens. — Oto rodzina maleństwa przychodzi zabrać je na stęsknione łono. Zostaw małego dodał, bo pani Owens obejmowała chłopczyka bezcielesnymi ramionami, gładząc go, tuląc.

— Ten tam nie wygląda mi na niczyją rodzinę — odparła.

Mężczyzna w czarnym płaszczu zrezygnował z szarpania głównej bramy i oglądał teraz mniejszą boczną furtkę. Ona także była solidnie zamknięta. Rok wcześniej na cmentarzu doszło do aktów wandalizmu i rada Podjęła Stosowne Kroki.



5 из 194