
— No dalej, pani Owens, zostaw go. No już, już — ponaglał pan Owens, nagle jednak ujrzał ducha. Opadła mu szczęka i odkrył, że nie wie co powiedzieć.
Myślicie może — a jeśli tak, to macie rację — że pan Owens nie powinien zdziwić się widokiem ducha, biorąc pod uwagę fakt, że oboje z panią Owens nie żyli już od kilkuset lat i ich całe — czy niemal całe — życie towarzyskie ograniczało się do innych martwych osób. Istniała jednak różnica pomiędzy mieszkańcami cmentarza a tym: ostrą, migotliwą, zaskakującą zjawą szarej barwy telewizyjnego szumu, promieniującą paniką i nagimi emocjami, które zalały Owensów jak ich własne. Trzy postaci, dwie większe, jedna mniejsza, lecz tylko jedna wyraźniejsza niż ogólny zarys, błysk. I właśnie ta postać powiedziała: „Moje dziecko! On próbuje skrzywdzić moje dziecko!".
Hurgot. Mężczyzna na zewnątrz ciągnął alejką ciężki metalowy kubeł na śmieci, zmierzając w stronę ceglanego muru, okalającego tę część cmentarza.
— Brońcie mojego syna — powiedział duch i pani Owens pomyślała, że to kobieta. Oczywiście: matka maleństwa.
— Co on wam zrobił? — spytała, wątpiła jednak, czy duch ją usłyszał.
Niedawno zmarła, biedactwo, pomyślała. Zawsze łatwiej jest umrzeć spokojnie, obudzić się w stosownym czasie w miejscu, gdzie cię pogrzebano, pogodzić się z własną śmiercią i oswoić z pozostałymi mieszkańcami. To stworzenie jednak przepełniał wyłącznie strach i obawa o dziecko, a jej panika, którą Owensowie odczuwali jako niski, przejmujący krzyk, zaczęła przyciągać uwagę innych jasnych postaci, schodzących się z całego cmentarza.
— Kim jesteś? — spytał Kajus Pompejusz. Jego nagrobek zamienił się już dawno w kawałek zwietrzałego kamienia, lecz dwa tysiące lat wcześniej Kajus poprosił, by pogrzebano go na tym wzgórzu obok marmurowej świątyni, nie odsyłając ciała do Rzymu. Był jednym z najstarszych mieszkańców cmentarza. Niezwykle poważnie traktował swoje obowiązki. — Leżysz tutaj?
