
— Nie wróci tu więcej — oznajmił pan Owens. — Następnym razem ocknie się na swym własnym cmentarzu czy też tam, dokąd zmierza.
Pani Owens pochyliła się nad dzieckiem i wyciągnęła ręce.
— Chodź — rzekła ciepło. — Chodź do mamy.
Mężczyźnie, Jackowi, maszerującemu ku nim ścieżką przez cmentarz z nożem w dłoni, wydało się, że kłąb mgły spowił dziecko w blasku księżyca, a potem dziecka już nie było: pozostała tylko wilgotna mgła, księżycowe promienie i rozkołysana trawa.
Zamrugał, węsząc. Coś się stało, ale nie miał pojęcia co. Warknął w głębi gardła niczym drapieżne zwierzę, wściekłe i sfrustrowane.
— Halo?! — zawołał, zastanawiając się, czy może dziecko nie schowało się za czymś. Głos miał mroczny i szorstki, osobliwie ostry, jakby sam dziwił się jego brzmieniem.
Cmentarz nie zdradzał swych tajemnic.
— Halo?! — zawołał ponownie. Miał nadzieję, że dziecko zapłacze, coś powie albo się poruszy. Nie oczekiwał tego, co usłyszał w odpowiedzi, gładkiego i śliskiego jak jedwab głosu:
— Mogę w czymś pomóc?
Jack był wysoki. Ten mężczyzna wyższy. Jack nosił ciemne ubranie. Ubranie tego mężczyzny było ciemniejsze. Ludzie, którzy zauważali Jacka — a nie lubił być zauważany — czuli niepokój, poruszenie, a czasami niewytłumaczalny lęk. Jack spojrzał na nieznajomego i to jego ogarnął niepokój.
— Szukałem kogoś — oświadczył, wsuwając prawą dłoń do kieszeni płaszcza, by ukryć nóż, ale mieć go pod ręką.
— Na zamkniętym cmentarzu nocą? — spytał cierpko nieznajomy.
— To tylko dziecko — wyjaśnił Jack. — Przechodziłem tędy, gdy usłyszałem płacz dziecka, zajrzałem przez bramę i zobaczyłem je. Na moim miejscu każdy postąpiłby podobnie.
— Niezwykle doceniam pańskie zaangażowanie — odrzekł nieznajomy. — Gdyby jednak zdołał pan znaleźć to dziecko, jak zamierzał pan z nim stąd wyjść? Z dzieckiem na rękach nie da się wspiąć na mur.
