
Tamtej nocy zostawili ją samą w kościele. David, gdyby tylko mógł, zostałby tam z nią. Zastanawiał się, czy nie czuje się samotna, czy wie, gdzie jest, czy jest już w niebie, a może trafi tam dopiero wtedy, gdy pastor odmówi ostatnią modlitwę i trumna spocznie w ziemi. Nie podobało mu się, że matka leży całkiem sama w drewnianej trumnie zabitej gwoździami, lecz nie mógł o tym porozmawiać z ojcem. On nic by nie zrozumiał i niczego by to nie zmieniło. David nie mógł zostać w kościele sam, więc poszedł do swojego pokoju i próbował sobie wyobrazić, co czuje matka. Zaciągnął zasłony w oknie i zamknął drzwi, by w pokoju zrobiło się jak najciemniej, po czym wsunął się pod łóżko.
Niskie łóżko stało w rogu pokoju i miejsca pod nim było niewiele. David z trudem wciskał się dalej, aż poczuł, że dotyka lewą ręką ściany. Potem zacisnął powieki i leżał nieruchomo. Po chwili spróbował unieść głowę i uderzył o listwy podtrzymujące materac. Naparł na nie czołem, lecz były przybite gwoździami. Spróbował unieść łóżko, naciskając na listwy dłońmi, lecz było za ciężkie. Czuł zapach kurzu i nocnika. Zaczął kaszleć. Oczy zaszły mu łzami. Postanowił wyjść spod łóżka, lecz łatwiej było wczołgać się i przyjąć zajmowaną obecnie pozycję, niż wysunąć się z powrotem. Kichnął i uderzył boleśnie głową o listwy. Wpadł w panikę. Zaszurał bosymi stopami w poszukiwaniu jakiegoś oparcia na drewnianej podłodze. Wyciągnął ręce i podciągał się na listwach, aż znalazł się przy krawędzi łóżka i w końcu mógł wyjść. Wyprostował się i oparł o ścianę, oddychając głęboko.
Tak pewnie wyglądała śmierć – leżysz zamknięty w niewielkiej przestrzeni pod wielkim ciężarem przygniatającym cię przez całą wieczność.
Matkę Davida pochowano w styczniowy poranek. Ziemia była zmarznięta, a wszyscy żałobnicy mieli na sobie płaszcze i rękawiczki. Trumna wydawała się zbyt krótka, kiedy opuszczali ją do grobu. Za życia matka zawsze sprawiała wrażenie wysokiej. Śmierć odebrała jej wzrost.
