
Tak, na pewno nic jej nie będzie. Za dwa tygodnie zjawi się z powrotem w niewiarygodnie brudnej sukni, z błyszczącymi oczami, nie mogąc się doczekać, kiedy podzieli się opowieściami o zapierających dech w piersi przygodach. Po wysłuchaniu tych historii z pewnością nie zdoła zasnąć co najmniej przez kolejne dwa tygodnie, czyniąc sobie wyrzuty, że naraził ją na tak wielkie niebezpieczeństwa.
— Jestem pewna, że wszystko będzie w porządku — powiedziała Mary patrząc mu prosto w oczy.
— Tak, wiem. — Poszedł do baru po kolejne dwa kufle. — Kiedy przyjeżdża twój wnuk? Mówiłaś już, ale zapomniałem.
— O trzeciej. Ma zostać przez cały tydzień, a ja naprawdę nie wiem, co z nim robić. Może zaprowadzę go do Ashmole’a? Zdaje się, że chłopcy lubią muzea. Szata Pocahontas, i tak dalej…
Dunworthy zapamiętał słynną szatę Pocahontas jako kompletnie nieciekawy kawałek szarego materiału, bardzo podobnego do szalika, który Colin miał dostać pod choinkę.
— Jeśli wolno mi coś radzić, to proponowałbym raczej Muzeum Historii Naturalnej.
Otworzyły się drzwi i do wnętrza wdarł się fragment „Do szopki, hej, pasterze”. Dunworthy zaniepokojony spojrzał w kierunku wejścia. Na schodkach stał jego sekretarz, rozglądając się bezradnie w mrocznym pomieszczeniu.
— Już wiem! — oznajmiła Mary. — Poślę Colina na Wieżę Carfax, żeby zepsuł te przeklęte kuranty.
— Przyszedł Finch.
Dunworthy podniósł rękę, ale jego sekretarz już ich dostrzegł i szybkim krokiem zbliżał się do stolika.
— Wszędzie pana szukałem — powiedział. — Mamy kłopoty.
— Z przeskokiem?
Finch zamrugał ze zdziwieniem.
— Z przeskokiem? Nie, proszę pana. Z Amerykankami. Zjawiły się wcześniej, niż zapowiadały.
— Co za Amerykanki?
— Dzwonniczki z Kolorado. Żeńskie Stowarzyszenie Dzwonników ze Stanów Zachodnich.
— Tylko proszę nie mówić, że będzie jeszcze więcej dzwonienia! — jęknęła Mary.
