
— Przecież miały przyjechać dopiero dwudziestego drugiego? — zdziwił się Dunworthy.
— Dziś jest właśnie dwudziesty drugi, proszę pana — poinformował go Finch. — Spodziewaliśmy się ich po południu, ale odwołano koncert w Exeter, więc zjawiły się trochę wcześniej. Natychmiast zadzwoniłem do sekcji średniowiecza, a pan Gilchrist powiedział mi, że przypuszczalnie poszedł pan świętować sukces.
Sekretarz znacząco spojrzał na opróżniony kufel i szklaneczkę z whisky.
— Niczego nie świętuję — odparł Dunworthy. — Czekam na potwierdzenie, że jedna z moich podopiecznych dokonała bezpiecznie przeskoku. Myślę, że potrwa to jeszcze co najmniej godzinę — dodał, zerknąwszy na zegarek.
— Obiecał pan, że pokaże im nasze dzwony — przypomniał mu sekretarz.
— Naprawdę nie musisz tu siedzieć — wtrąciła się Mary. — Zadzwonię do Balliol, jak tylko ją zlokalizują.
Dunworthy spiorunował Mary wzrokiem.
— Przyjdę dopiero wtedy, kiedy będę miał pewność, że wszystko jest w porządku — stwierdził stanowczo. — Tymczasem proszę oprowadzić je po college’u i poczęstować lunchem. Wątpię, czy zdążycie załatwić to szybciej niż w godzinę.
Finch nie sprawiał wrażenia zachwyconego.
— Ale one mają czas tylko do czwartej, bo potem grają koncert w Ely, a bardzo chcą zobaczyć dzwony w Christ Church College…
— Więc niech pan je tam zaprowadzi, pokaże im Wielkiego Toma, przegoni na szczyt Wieży Św. Marcina. Przyjdę, kiedy tylko będę mógł.
Sekretarz chciał chyba jeszcze o coś zapytać, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie.
— Powiem im, że zjawi się pan najpóźniej za godzinę. — Ruszył w kierunku drzwi, ale w połowie drogi zatrzymał się i wrócił do stolika. — Ach, prawie zapomniałem: dzwonił pastor z pytaniem, czy zechce pan przeczytać Ewangelię podczas świątecznego nabożeństwa ekumenicznego. W tym roku mają je odprawić w kościele Najświętszej Marii Panny.
