
Badri odprowadził go pustym spojrzeniem. Wciąż stał, drżąc na całym ciele i rozcierając zgrabiałe ręce. Sprawiał wrażenie lekko zdezorientowanego, jakby oszołomionego.
— Na pewno udało się panu ją zlokalizować? — zapytał ponownie Dunworthy.
— Tak — powtórzył Badri, wciąż spoglądając za Gilchristem.
Mary wróciła z brandy.
— To powinno pana trochę rozgrzać — oznajmiła, wręczając mu kieliszek. — Proszę wypić do dna. Zalecenie lekarza.
Spojrzał ze zmarszczonymi brwiami na kieliszek, jakby nie wiedział, co powinien z nim zrobić. W dalszym ciągu szczękał zębami.
— O co chodzi? — zaniepokoił się Dunworthy. — Chyba z Kivrin wszystko w porządku?
— Kivrin?… — powtórzył ze zdziwieniem technik, po czym jakby nagle oprzytomniał. Gwałtownym ruchem odstawił kieliszek na stół, wylewając część zawartości. — Chodźcie ze mną — powiedział, a następnie szybkim krokiem ruszył do drzwi. Po drodze potrącał stoliki i krzesła, lecz nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
— Co się stało? — Dunworthy zerwał się raptownie z miejsca rozrzucając plastikowe figurki na stoliku. Jedna z owieczek potoczyła się po blacie, przez ułamek sekundy trwała nieruchomo na krawędzi, po czym spadła na podłogę.
Badri otworzył drzwi gwałtownym szarpnięciem i do pubu wezbraną falą wlały się dźwięki kurantów grających „Wśród nocnej ciszy”.
— Proszę zaczekać, Badri! — zawołał Gilchrist, który właśnie wrócił od baru z butelką i kieliszkami. — Zaraz wzniesiemy toast!
Dunworthy sięgnął po płaszcz.
— O co chodzi? — zapytała Mary, zgarniając z krzesła torbę z prezentami. — Nie udało mu się jej zlokalizować?
Dunworthy nie odpowiedział, tylko co sił w nogach popędził za Badrim. Technik był już w połowie ulicy. Biegł na oślep przed siebie, nie zwracając uwagi ani na tłum wypełniający chodniki, ani na intensywny deszcz. Dunworthy najszybciej jak mógł założył płaszcz, po czym dał nura między ludzi.
