
— Przepraszam?! — wrzasnęła, zamierzając się jak do ciosu. — Tylko tyle ma pan do powiedzenia?
Badri niepewnie przesunął ręką po czole, po czym, jakby nagle oprzytomniał, ponownie ruszył pędem przed siebie, by skręcić w bramę college’u Brasenose. Zasapany Dunworthy biegł kilka metrów za nim: przecięli ukosem dziedziniec, wpadli do budynku bocznym wejściem, przemknęli korytarzem, i już byli w laboratorium. Badri kilkoma susami dopadł konsolety, usiadł przy niej i marszcząc brwi wpatrzył się w ekrany.
Dunworthy obawiał się, że ujrzy tam pozbawione sensu, zmieniające się chaotycznie liczby albo, co byłoby jeszcze gorsze, całkowitą pustkę, lecz na pierwszy rzut oka nie dostrzegł niczego alarmującego.
— Zlokalizował ją pan? — zapytał, ciężko dysząc.
— Tak — odpowiedział Badri i odwrócił się w jego stronę. Z czoła technika znikła głęboka zmarszczka, ale w spojrzeniu Badriego było coś niepokojącego; jakby miał trudności z zebraniem myśli albo usilnie starał się coś sobie przypomnieć.
— Kiedy…
Nie zdołał dokończyć, ponieważ jego ciałem zaczęły wstrząsać gwałtowne dreszcze. Drzwi otworzyły się z hukiem i do laboratorium wpadli Gilchrist i Mary, za nimi zaś Latimer, znowu walczący z parasolem.
— Kiedy co? — ponaglił go Dunworthy.
Technik przeniósł spojrzenie na monitory.
— Zlokalizowałem ją — wykrztusił, szczękając zębami.
— Czy to są współrzędne? — zapytał Gilchrist. Pochylał się nad pulpitem, wpatrując się w widoczne na ekranach kolumny cyfr i wykresy. — Co znaczą te symbole? Musi nam je pan wyjaśnić.
— Kiedy co, Badri? — powtórzył Dunworthy.
