
Mary klepała technika po ramionach, klatce piersiowej i po nogach. Powieki Badriego zatrzepotały, po czym mężczyzna znowu zamknął oczy.
— Czy ktoś wie, na co chorował?
— To technik pana Dunworthy’ego — powiedział Gilchrist oskarżycielskim tonem. — Wypożyczyliśmy go z Balliol — dodał, jakby chciał zasugerować, iż odpowiedzialność za tę sytuację ponosi wyłącznie Dunworthy, a nawet kto wie, czy celowo nie spowodował omdlenia Badriego, aby doprowadzić do klęski przedsięwzięcia.
— Nigdy nie słyszałem, żeby się na coś skarżył — odparł Dunworthy. — Poza tym na początku semestru z pewnością przeszedł okresowe badania, jak każdy z nas.
Mary nie wyglądała na przekonaną. Założyła stetoskop, co najmniej przez minutę wsłuchiwała się w rytm pracy serca Badriego, skontrolowała ciśnienie krwi, ponownie sprawdziła puls.
— A co z padaczką i cukrzycą?
— Nie mam pojęcia.
— Może zażywał narkotyki albo nadmierne ilości endorfiny? — Nie czekając na odpowiedź uruchomiła sygnalizator i zbliżyła go do ust. — Mówi doktor Ahrens. Puls chorego 110, ciśnienie 100 na 60. Pobieram próbkę krwi.
Rozdarła paczuszkę z gazikami nasączonymi spirytusem, potarła skórę na ramieniu, podłączyła jednorazową strzykawkę elastycznym przewodem do zestawu diagnostycznego.
Narkotyki albo endorfina… To by tłumaczyło jego niezwykłe podniecenie i chaotyczny sposób mówienia. Gdyby jednak Badri rzeczywiście zażywał coś takiego, z pewnością zostałoby to wykryte podczas szczegółowych badań na początku semestru, a poza tym należało wątpić, czy zdołałby przeprowadzić skomplikowane obliczenia towarzyszące każdemu przeskokowi.
