
— Panie Gilchrist, musi pan pójść z nami do szpitala, żeby wypełnić formularz — powiedziała Mary. — Ty też, James. Potrzebna będzie również jego książeczka zdrowia. Jeden z was może pojechać karetką, drugi przyjdzie na piechotę.
Dunworthy nie czekał aż Gilchrist rozpocznie dyskusję na temat kto ma iść, a kto jechać, tylko ruszył za sanitariuszami, wgramolił się do karetki i przykucnął obok Badriego, który oddychał z wyraźnym trudem, jakby drogę z laboratorium przebył biegnąc co sił w nogach, a nie został przyniesiony na noszach.
— Powiedział pan, że coś się nie zgadza. Co miał pan na myśli? Chodzi o lokalizację?
Technik zmarszczył brwi.
— Przecież ją zlokalizowałem… — wyszeptał.
Sanitariusz, zajęty podłączaniem Badriego do jakiejś maszyny o imponującej liczbie lampek i wskaźników, obrzucił Dunworthy’ego niechętnym spojrzeniem.
— A może praktykant popełnił błąd przy obliczaniu współrzędnych? To bardzo ważne, Badri. Pomylił się, czy nie?
Do karetki wsiadła Mary, z zewnątrz zaś dobiegł podniesiony głos Gilchrista:
— Jako pełniący obowiązki dziekana Wydziału Historycznego uważam, że to ja powinienem towarzyszyć choremu w drodze do szpitala!
— Spotkamy się w izbie przyjęć — odparła krótko Mary, po czym zatrzasnęła drzwi, nie czekając na odpowiedź. — Co z temperaturą? — zapytała sanitariusza.
— 39,5. Ciśnienie 90 na 55, tętno 115.
Dunworthy nie rezygnował.
— Czy w obliczeniach był jakiś błąd?
— Jesteście gotowi? — zapytał kierowca przez interkom.
— Tak — odparła Mary. — Proszę się spieszyć.
— Czy Puchalski pomylił się przy obliczaniu współrzędnych?
— Nie — powiedział całkiem wyraźnie Badri, po czym chwycił Dunworthy’ego za połę płaszcza.
— A więc chodzi o poślizg?
— Zdaje się, że…
Właśnie w tej chwili odezwała się syrena, zagłuszając jego słowa.
