
— Zdaje się, że co?! — wrzasnął Dunworthy, przekrzykując przeraźliwe wycie.
Technik zmarszczył brwi, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
— Coś się nie zgadza — powiedział wreszcie, po czym znowu stracił przytomność.
Coś się nie zgadza. Tak, bez wątpienia miał na myśli poślizg. Jeśli przeskok doszedł do skutku, w grę mogły wchodzić tylko te dwie rzeczy: poślizg lub błąd w obliczeniu współrzędnych, te zaś podobno były w porządku. A więc poślizg. Ale jak duży? Wcześniej Badri powiedział, że może sięgnąć nawet dwóch tygodni. Z pewnością technik nie gnałby jak szalony do pubu, gdyby poślizg zmieścił się w tych granicach. Należało więc wysnuć logiczny wniosek, że był większy, ale o ile? Miesiąc? Trzy miesiące? Z drugiej strony, wstępne szacunki nie wskazywały, że zdarzyło się coś aż tak groźnego.
Mary przecisnęła się obok Dunworthy’ego i położyła rękę na czole chorego.
— Dodajcie do kroplówki salicylan sodu — poleciła. — I kontrolujcie na bieżąco liczbę białych krwinek. James, nie przeszkadzaj.
Dunworthy wycofał się tyłem i przycupnął na ławeczce przy drzwiach, Mary natomiast ponownie włączyła sygnalizator.
— Przygotujcie się do zrobienia morfologii i badania serologicznego.
— Może to odmiedniczkowe zapalenie nerek? — zapytał sanitariusz, obserwując zmieniające się wskazania przyrządów. Ciśnienie wynosiło 96 na 60, tętno 120, tylko temperatura została taka sama.
— Raczej nie — odparła Mary. — Nie skarżył się na żadne bóle. Jasne, że to infekcja, ale na razie nie mam pojęcia jaka.
Syrena umilkła, sanitariusz zaś zaczął odłączać przewody.
Mary poklepała technika po ręce.
— Jesteśmy na miejscu, Badri. Wkrótce będzie pan zdrów jak ryba.
Nawet jeżeli ją usłyszał, to nie dał tego w żaden sposób poznać. Mary podciągnęła mu koc pod brodę, ułożyła na wierzchu pęk różnokolorowych przewodów. Chwilę potem karetka zatrzymała się, kierowca otworzył tylne drzwi i pomógł wystawić nosze.
