
— Zdaje się, że to gdzieś w Walii, ale dokładnie powie panu sekretarka, tyle że jej akurat też nie ma.
— Kiedy wróci?
— Nie wiem, proszę pana. Pojechała do Londynu, żeby zrobić świąteczne zakupy.
Dunworthy przekazał wiadomość dla sekretarki (w tym czasie portier pracowicie prostował skrzydła aniołowi), po czym odwiesił słuchawkę i zaczął się gorączkowo zastanawiać, czy w Oxfordzie uda mu się znaleźć innego technika. Raczej nie, bo gdyby jakiś został na Święta, Gilchrist nie zleciłby roboty praktykantowi z pierwszego roku.
Mimo to zadzwonił do college’u Magdalen, a kiedy nikt się nie zgłosił, spróbował połączyć się z Balliol — niestety z takim samym rezultatem. Zapewne Finch wciąż jeszcze pokazywał Amerykankom Wielkiego Toma. Dunworthy zerknął na zegarek; dopiero wpół do trzeciej. Wydawało mu się, że jest znacznie później. Może więc jeszcze jedzą lunch.
Zadzwonił do jadalni w Balliol, ale tam także nikogo nie było, więc zrezygnowany odwiesił słuchawkę i wrócił do poczekalni, spodziewając się, że zastanie tam Gilchrista. Zamiast niego ujrzał dwoje znajomych sanitariuszy pogrążonych w cichej rozmowie z pielęgniarką. Przypuszczalnie Gilchrist wrócił prosto do Brasenose, aby w spokoju planować kolejny przeskok. Zdaje się, że zamierzał wysłać Kivrin do epoki panowania Czarnej Śmierci, żeby mogła precyzyjnie określić zasięg oraz skutki zarazy.
— Jest pan jednak — powiedziała pielęgniarka. — Myślałam, że już pan sobie poszedł. Proszę ze mną.
Dunworthy sądził, że polecenie odnosi się tylko do niego, ale sanitariusze poszli za nim. Pielęgniarka poprowadziła całą trójkę korytarzem, po czym otworzyła drzwi.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmiła. — Na stoliku znajdziecie dzbanek z herbatą, a toaleta jest tam, w głębi.
— Kiedy będę mógł porozmawiać z Badrim Chaudhuri? — zapytał Dunworthy, przytrzymując drzwi od środka, żeby nie mogła ich zamknąć.
