
Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Rejestratorka wciąż spoglądała na niego nieufnie.
— Zechciałby pan jeszcze raz przeliterować nazwisko?
— C-H-A-U-D-H-U-R-I — wyrecytował, po czym zapytał, gdzie może znaleźć telefon.
— W korytarzu — odparła dziewczyna. — Wiek pacjenta?
— Nie wiem. Chyba gdzieś około dwudziestu pięciu. Zaczął u nas pracę cztery lata temu.
Najlepiej jak potrafił odpowiedział na pozostałe pytania, wyjrzał na zewnątrz, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie zbliża się Gilchrist, po czym zatelefonował z automatu do college’u Brasenose. Na wizji pojawił się portier, który właśnie ubierał sztuczną choinkę ustawioną w głównym hallu.
— Chciałbym rozmawiać z Puchalskim — powiedział. Nie miał pewności, czy tak właśnie nazywa się praktykant, ale szkoda mu było czasu, żeby to najpierw sprawdzić.
— Nie ma go — odparł portier, zawieszając na gałązkach łańcuch z błyszczącego papieru.
— Kiedy tylko wróci, proszę mu przekazać, że koniecznie muszę z nim porozmawiać w bardzo ważnej sprawie. Może mnie zastać pod numerem… — Dunworthy znacząco zawiesił głos, licząc na to, że portier sięgnie po notes, ale ten zaskoczył go, gdyż wyjął ołówek z kieszeni na piersi i zapisał numer na pudełku ze świecidełkami. — Gdyby mnie tam nie było, niech spróbuje łapać mnie w klinice. Jak pan myśli, kiedy może się zjawić?
— Naprawdę nie mam pojęcia — odparł portier, pieczołowicie rozpakowując anioła. — Niektórzy wracają z ferii parę dni wcześniej, ale większość czeka do ostatniej chwili i przyjeżdża pierwszego dnia semestru.
— Jak to? Czyżby wyjechał z college’u?
— A pewnie. Miał robić jakiś przeskok dla sekcji średniowiecza, ale potem okazało się, że wzięli sobie kogoś innego, więc pojechał do domu.
— Wobec tego muszę mieć jego domowy adres i numer telefonu.
