— Jest jeszcze na oddziale — odparła. — Musimy mieć jego numer ubezpieczenia, ale nigdzie nie możemy go znaleźć, nawet w kartotece college’u.

Co prawda Mary z włosami w nieładzie wyglądała jak szalona, ale mówiła rzeczowo i spokojnie, jakby ustalała z Dunworthym termin okresowego badania studentów.

— Nic dziwnego, bo oficjalnie Badri nie jest pracownikiem Balliol — wyjaśnił, czując ogromną ulgę. — Techników zatrudniają władze Uniwersytetu i przydzielają do college’ów.

— Wobec tego jego dokumenty powinny znajdować się w centralnym rejestrze. Zaraz sprawdzimy. Wiesz może, czy w ciągu minionego miesiąca opuszczał Anglię?

— Dwa tygodnie temu był w dziewiętnastym wieku na Węgrzech. Od tamtej pory nie ruszał się ani na krok z uczelni.

— A może odwiedzali go jacyś krewni z Pakistanu?

— Jego rodzina od trzech pokoleń mieszka na Wyspach. Wiecie już co mu dolega?

Zignorowała pytanie.

— Gdzie są Gilchrist i Montoya?

— Powiedziałaś Gilchristowi, żeby tu przyszedł, ale jeszcze się nie zjawił — przynajmniej do chwili, kiedy zabrano nas z głównego hallu.

— A Montoya?

— Wymknęła się zaraz po przeskoku.

— Wiesz może dokąd poszła?

Wiem tyle samo co ty, pomyślał Dunworthy. Też przecież widziałaś, jak wychodzi.

— Przypuszczalnie wróciła do Witney, do swoich wykopalisk. Spędza tam większość czasu.

— Do wykopalisk? — powtórzyła Mary z takim zdziwieniem, jakby usłyszała o tym po raz pierwszy w życiu.

O co jej chodzi? — przemknęło Dunworthy’emu przez głowę. Co w tym takiego niezwykłego?

— Owszem, do wykopalisk, na farmie wykupionej przez Fundusz Dziedzictwa Narodowego. Odkryli tam dobrze zachowane pozostałości średniowiecznej wioski.

— W Witney, powiadasz? — Mary sprawiała wrażenie poważnie zaniepokojonej. — Będzie musiała natychmiast wrócić.



71 из 709