
— Chcę skorzystać z telefonu — poinformował go Gilchrist. — Ja także uważam, że pan Basingame powinien zjawić się tu jak najprędzej, by zaprowadzić ład i porządek.
Dunworthy dopiero teraz uświadomił sobie, że wciąż ściska słuchawkę w ręce. Spojrzał na nią ze zdziwieniem i zamrugał raptownie, jakby zastanawiał się, co to może być.
— Czyżby zamierzał pan uniemożliwić mi skontaktowanie się z moim przełożonym? — zapytał Gilchrist.
Latimer podniósł się z fotela.
— O co chodzi? — zapytał, wyciągnąwszy przed siebie ramiona w obronnym geście, jakby oczekiwał, że Dunworthy rzuci się na niego z dzikim okrzykiem na ustach. — Co się właściwie stało?
— Badri nie zażywał narkotyków — powiedział Dunworthy. — Jest poważnie chory.
— Doprawdy nie rozumiem, na jakiej podstawie opiera pan swoje twierdzenie, skoro nie otrzymaliśmy jeszcze wyników badań — powiedział Gilchrist, spoglądając znacząco na telefon.
— Zostaliśmy objęci kwarantanną — odparł Dunworthy. — To jakaś choroba zakaźna.
— Infekcja wirusowa — odezwała się Mary. Otworzyła drzwi tak cicho, że nawet nie zauważyli, kiedy weszła do pokoju. — Jeszcze go nie wyodrębniliśmy, ale wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z wirusem.
Wciąż miała na sobie płaszcz, tyle że rozpięty, w związku z czym trochę przypominał luźną, podszytą futerkiem szubę Kivrin. W obu rękach trzymała tacę, na której piętrzył się stos laboratoryjnego sprzętu i narzędzi lekarskich w sterylnych opakowaniach.
— Wstępne testy zdają się wskazywać na myksowirusa — mówiła dalej, stawiając tacę na stole. — Świadczą o tym także objawy: wysoka gorączka, trudności z koncentracją, ból głowy. Z pewnością nie mamy do czynienia z retrowirusem ani pikornawirusem, co samo w sobie stanowi optymistyczną wiadomość, ale minie jeszcze trochę czasu, zanim uda nam się go zidentyfikować.
