
– Ma pani prawo jazdy? – zapytał konkretnie drugi.
Tylko tego brakowało. Jej twarz stężała ze złości.
– Wybaczą panowie, spieszę się do pracy i nie mam czasu wysłuchiwać podobnych głupot. Jeśli rzucą panowie okiem w regulamin tego parku… – Z torby wyciągnęła nieco pożółkłą książeczkę. – O, proszę, paragraf dwudziesty siódmy.
– Na terenie Plant krakowskich dozwolone jest odbywanie przejażdżek konnych w godzinach porannych i popołudniowych, pod warunkiem wszakże poruszania się ścieżkami oznaczonymi na załączonym planie – przeczytał zbaraniały dowódca.
– O kurde? – zdziwił się jego towarzysz.
Świetnie. Konsternacja. Teraz trzeba umiejętnie narzucić swój punkt widzenia.
– Wypraszam sobie takie słowa w mojej obecności. – Stanisława, kiedy chce, umie przybrać postawę prawdziwej damy.
– Najmocniej przepraszam – bąknął gliniarz.
– Zaraz, zaraz. – Szef patrolu uważnie obejrzał kartę tytułową. – To jest regulamin parku z 1837 roku.
– I co z tego? – Spojrzenie błękitnych oczu przewiercało go na wylot.
– Od dawna obowiązuje nowy regulamin. Jest tam, na tablicy. – Wskazał kierunek.
– Chodźmy i poczytajmy sobie. – A jednak się spóźni! Diabli nadali tych służbistów.
Zatrzymali się przed tablicą, na której widniał wyciąg z regulaminu. Wielu rzeczy zakazano i w większości przypadków słusznie…
– Nie ma tu przepisu zabraniającego jazdy konnej. – Stanisława jako pierwsza przeleciała wzrokiem planszę. – Skoro pierwotny regulamin nie został uchylony, to obawiam się, że nadal obowiązuje. – Wyjęła dowódcy swoją książkę z dłoni i włożyła do torby. – Przepraszam, spóźnię się do pracy…
– Eeee… – powiedział uczenie najwyższy.
– Pożegnam panów.
Wskoczyła na siodło i oddaliła się z godnością. Policjanci popatrzyli po sobie.
– To co, można tu jeździć czy nie? – zafrasował się ten najdrobniejszy.
– A cholera wie. Widziałeś tu kiedyś kogoś na szkapie?
