
– Przyjacielu, jeśli potrzebujesz kryjówki, nasze drzwi stoją otworem. Pokój gościnny też się znajdzie. Mamy też kilka mieszkań w mieście… i poza nim.
– Dziękuję, nie chcę was narażać. Zresztą, może nie wiedzą jeszcze, że jestem w Krakowie?
– Miejmy nadzieję.
* * *
Zapadał wczesny, zimowy zmierzch, gdy zadowolony łowca wrócił do swojej kwatery. Spodziewał się, że przeskoczenie tego etapu przygotowań będzie dużo trudniejsze, a tymczasem wszystko poszło jak z płatka. Wyjął sprawunki i zatarł z zadowolenia ręce. Rzucił płaszcz na wieszak. W domu zawsze, gdy przystępował do czegoś naprawdę twórczego, puszczał sobie z magnetofonu serenadę Schuberta. Niezły zestaw do odtwarzania muzyki zdobył razem z samochodem, ale nie miał kasety. A, pal diabli, ostatecznie pamiętał melodię… Pogwizdując pod nosem, zabrał się do dzieła.
Umieścił papier ścierny na blacie starego biurka i, wydobywszy z kieszeni kawałek grubego, aluminiowego kabla, zaczął przerabiać go na proszek. Westchnął lekko. Przydałaby się waga laboratoryjna, ale nie ma żadnej pod ręką. Trzeba będzie składniki odmierzać na oko. To znaczy, znalezioną w śmieciach na parterze łyżeczką do herbaty. Proporcje nie zostaną precyzyjnie zachowane, lecz mimo to powinno zadziałać. Przy produkcji tego środka istnieje pewien margines błędu. Po pięciu godzinach upartego tarcia spojrzał na stosik szarosrebrzystego pyłu i uznał, że wystarczy. Wsypał go do szklanki, dodał rdzy z torowiska i bardzo starannie wymieszał jedno z drugim. Uzyskał jakieś ćwierć kilograma potrzebnej substancji.
Temperatura spalania termitu to 3800 stopni Celsjusza. Wystarczy, aby stopić odrobinę srebra w tygielku. O czym zapomniał? Ach tak, forma… Do pudełka po margarynie wlał gips i poczekał, aż zastygnie. Następnie, używając wiertła, wyborował cztery otwory. Normalnie poczekałby teraz z dzień, dwa, aby zaprawa dobrze wyschła, ale nie ma czasu. Dosuszy ją na piecu. Teraz najtrudniejszy etap zabawy.
