
– Kto tam? – Głos, zniekształcony przez mikrofon, brzmi głucho.
– Oto koniec wszystkiego, co powiedziane być musi o działaniu słońca. – Cytat ze średniowiecznego dzieła alchemicznego stanowi nie tylko hasło, ale i pozwala furtianowi zidentyfikować nocnego gościa.
Rozlega się brzęczyk. Alchemik popycha furtkę i zatrzaskuje ją za sobą. Wewnątrz jest ciemno, ale on zna rozkład pomieszczeń na pamięć. Rusza po omacku, pokonuje kilka schodków. W krużganku jest już jaśniej. Jeden z braci wychodzi mu naprzeciw.
– Przeor oczekuje…
Wnętrze celi nie zmieniło się od jego ostatniej wizyty. Tyle tylko, że jest noc. Na ciężkim, dębowym biurku dwa świeczniki. W każdym płonie pięć świec.
– Czy to prawda? – Gość kładzie na biurku kartkę. – Czy może tylko przypuszczenie?
W blasku świec twarz zakonnika wygląda dużo młodziej niż w rzeczywistości. Położył na blacie kawałek szklistej skały z zatopionymi wewnątrz żółtymi okruchami.
– Niestety… Nie mamy najmniejszych wątpliwości. I potrzebujemy twojej pomocy. Ty już kiedyś…
– Raz. I to było dawno.
– Czuliśmy, że to wcześniej czy później musi nastąpić. A teraz nie wiemy, co robić.
– Zadzwońcie do Watykanu. Sami możemy sobie nie dać rady. I postarajcie się o dyspensy na zabójstwa. Co najmniej pięć sztuk.
– Tego nam nie wolno…
Alchemik myśli intensywnie.
– Mam więc nadzieję, że nie wyznaczycie mi surowej pokuty, gdy będzie już po wszystkim… Macie pomysł, jak ich znaleźć?
Zakonnik kręci głową, na jego twarzy maluje się poczucie winy.
– Jak wynika z naszych ksiąg, do tej pory to raczej oni szukali i zabijali alchemików.
– Kto zajmuje się laboratorium?
– Brat Marcin.
– Niech nie wychodzi na zewnątrz. Korytarz zasypcie piaskiem i zaminujcie. Klasztor posiada jeszcze inne drogi ewakuacyjne, o których nie wiem… I nie muszę wiedzieć. Zabezpieczcie je równie starannie.
