– Gdzie jest Sivert? – spytała nerwowo Mali.

– Ubrałam go i wysłałam na dwór – odparła Ingeborg, patrząc na panią ze strachem w oczach. – Mężczyźni wrócili właśnie z lasu, a on chciał pomóc wyprzęgać konie.

– Może powinnam przejść na strych, zanim oni tu wejdą – stwierdziła Mali, podnosząc się z trudem. – Nie chcę przestraszyć Siverta, a i oni nie…

Urwała nagle, gdy przeszył ją nowy skurcz. Nie miała już wątpliwości: to są skurcze porodowe. Poród się zaczął, i to miesiąc wcześniej, niż Mali oczekiwała. Dziecku, które niemal cudem utrzymało się w niej, mimo że chorowała i była bita przez Johana, nagle zaczęło się spieszyć do wyjścia na świat. Więc może jednak je stracę, pomyślała oszołomiona. Przecież nie może być donoszone. A przedwcześnie urodzone dziecko w środku zimy…

Drzwi się otwarły i wszedł Havard, a tuż za nim Sivert.

– Co się stało? – spytał Havard, podchodząc do kanapy. – Zachorowałaś, Mali?

Ujął jej lodowatą dłoń w swoją i spojrzał zaniepokojony. Sivert przydreptał za nim i objął ją za szyję.

– Co to, mamo? Leżysz?

Mali zdjęła jego ramiona i odsunęła delikatnie. Musi wziąć się w garść! Uśmiechnęła się i poklepała syna po zaczerwienionym od mrozu policzku.

– Wygląda na to, że dzidziusiowi zaczęło się spieszyć, by cię poznać – powiedziała. – Nie zostanie w moim brzuchu na zawsze, wiesz przecież.

– Ale… – Havard odwrócił się w stronę Ane. – Czy to nie za wcześnie?

Ane pokiwała głową i spojrzała znacząco w stronę Siverta.

– Nie powinniśmy go przestraszyć – powiedziała cicho do Havarda. – Ale tak, jest za wcześnie i według mnie nie całkiem normalnie. Kiedy Sivert przychodził na świat, tak nie było. Może ja się za bardzo na tym nie znam, ale na pewno jest za wcześnie.



2 из 136