
– Boże jedyny, dopomóż – wykrztusiła, podnosząc się na łokciach, gdy skurcz zelżał. – Czy to krew, czy odeszły wody?
Gdy spojrzała po sobie, stwierdziła, że po prześcieradle rozlała się krew zmieszana z wodami płodowymi. Przez chwilę panika zupełnie ją sparaliżowała. Opadła na łóżko, zakryła ramieniem twarz i zaczęła płakać.
– Mali, no co ty – powiedziała bezradnie Ane i spróbowała ją objąć. – Nie płacz, bo nie wiem, co robić. Ty zawsze byłaś taka silna. Nie płacz, słyszysz?
Słowa służącej powoli docierały do otumanionej głowy Mali. Przetarła wierzchem dłoni twarz. Wiedziała, że Ane ma rację: jeśli się podda, panika ogarnie także Ane. Wszyscy przywykli, że to Mali zachowuje spokój i rozsądek, że to ona rozwiązuje wszelkie problemy. Wzięła z rąk Ane mokrą szmatkę i przetarła swoją gorącą, zalaną łzami twarz.
– Spokojnie, Ane – powiedziała ochrypłym szeptem, biorąc tamtą za rękę i ściskając lekko. – Ja po prostu… Ale już będzie dobrze, chociaż wiem, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Na pewno jest za wcześnie, jesteśmy w środku mroźnej zimy, no i poród idzie za szybko. Trudno będzie utrzymać dziecko przy życiu, musimy to sobie powiedzieć. O ile przyjdzie żywe na świat – dodała powoli.
– Ale tobie nic nie grozi, Mali? – spytała Ane gorączkowo, patrząc na panią ze strachem w oczach. – To znaczy… Nie, nie powinnam tego mówić, ale się boję – wyszeptała przerażona. – Nawet jeśli dziecko umrze, to ty nie… Tobie nic nie grozi, prawda? – dodała błagalnym tonem.
Mali zamknęła oczy. To właśnie ją gnębiło. Czuła jednak, że jest silna i ma żelazną wolę przeżycia, choćby dla Siverta. Myśl, że mógłby zostać zupełnie sam w Stornes, była nie do zniesienia. Więc niezależnie od tego, jak trudne mogą się okazać najbliższe godziny, ona musi trzymać się życia. Dla Siverta, powtarzała.
