
Dostosowali się, jak tylko potrafili, w czym pomógł im młody wiek, a także wsparcie ze strony samych mieszkańców Vigaty, rozczulonych roztargnieniem i chłopięcą bezradnością przybyszów. Tym, który sprawił, że ich wygnanie stało się mniej dokuczliwe, był jednak Gege Gullotta, człowiek rzutki, który dotąd musiał ukrywać swój naturalny talent alfonsa w szatach handlarza drobnicą. Dowiedziawszy się drogami tyleż krętymi, co ministerialnymi o rychłym przyjeździe żołnierzy, Gege doznał olśnienia. Chcąc przekuć ten przebłysk geniuszu na rzeczywistość i konkret, żwawo uciekł się do przychylności odpowiednich instancji, byleby tylko otrzymać wszystkie niezbędne, niezliczone i skomplikowane pozwolenia. „Odpowiednich instancji”, czyli kogoś, kto naprawdę sprawował kontrolę nad tym obszarem i komu nawet przez myśl nie przeszło, by wystawiać owe pozwolenia na papierze firmowym. Krótko mówiąc, Gege mógł uruchomić na „pastwisku” swój rynek wyspecjalizowany w handlu świeżym mięsem i lekkimi narkotykami, którymi dysponował w bogatym wyborze. Świeże mięso pochodziło na ogół ze Wschodu, z krajów nareszcie wyzwolonych spod jarzma komunizmu, który – jak powszechnie wiadomo – odbierał ludziom wszelką godność; nocą, w krzakach i na piachu „pastwiska”, ta odzyskana godność teraz na nowo nabierała blasku. Nie brakowało tu jednak i niewiast z Trzeciego Świata, transwestytów, transseksualistów, neapolitańskich chłopczyków i brazylijskich viados, do wyboru, do koloru, gotowych spełnić każde życzenie. I handel kwitł ku wielkiemu zadowoleniu żołnierzy, samego Gege oraz tego, kto mu wystawił pozwolenia, otrzymując w zamian należną prowizję.
Ciągnąc swoje wózki, Pino i Saro udali się na miejsce pracy. Wolnym krokiem, czyli tak. jak sunęli właśnie w tej chwili, na „pastwisko” szło się dobre pół godziny. Byli zmęczeni, lepili się od potu i przez pierwszy kwadrans milczeli.