
Rozparłem się wygodnie, po raz pierwszy od ponad miesiąca. Moje spojrzenie prześliznęło się po olbrzymich figurach z brązu wznoszących się nad moją głową, po owych dwóch rzeźbach tęsknie zwróconych ku gwiazdom — i wybuchnąłem śmiechem. Absolutna niestosowność mojej kryjówki po raz pierwszy mnie uderzyła — pomyślcie tylko, Muzeum Współczesnej Astronautyki! To coś, wywołane niewiarygodnym napięciem nerwów i pięciodniowym zagryzaniem warg do krwi, ruszało się teraz w mojej krtani, zamieniło się w chichot, krótkie parsknięcie, a wreszcie z głębi serca płynący, rozgłośny śmiech, którego nie umiałem powstrzymać. Wszystkie sarny wyszły z parku koło muzeum i zatrzymały się przed marmurową ławą, na której Fiyatil, ostatni człowiek na Ziemi, dusił się, kaszlał, charczał i znów chichotał, ciesząc się swym starczym sukcesem.
Nie wiem, jak długo mogło to trwać, ale w końcu chmura, normalna, regularnie pełniąca służbę chmura antysłoneczna, prześliznęła się po tarczy słońca. To wystarczyło. Przestałem się śmiać, jak gdyby odcięto mi dopływ prądu i spojrzałem do góry.
Chmura przesunęła się i słoneczny blask rozlał się ponownie, ale ja mimo to zadrżałem.
Dwie ciężarne łanie podeszły bliżej i patrzyły, jak masuję sobie kark. Przez ten śmiech złapał mnie kurcz.
— Cóż, moje drogie — odezwałem się, przypomniawszy sobie cytat z jednej z moich ulubionych religii — wygląda na to, że w środku życia w końcu naprawdę spotykamy śmierć.
Patrzyły na mnie obojętnie, przeżuwając trawę.
11 maja 2190 roku.
Przez ostatnie dwa dni porządkowałem swoje rzeczy i robiłem plany na najbliższą przyszłość. Spędzić całe życie, przygotowując się spokojnie do roli kustosza — to jedno. Nagła świadomość, że się tym kustoszem zostało, że się jest ostatnim z sekty i z własnej rasy — jednocześnie w specyficzny sposób wypełnieniem i jednej, i drugiej — to zupełnie co innego. Rozpierała mnie szalona duma. Ale już w chwilę później przytłaczała mnie niewiarygodna, królewska wręcz odpowiedzialność, którą miałem podjąć.
