
Eve wsunęła stopę do buta i zmierzyła Roarke'a wzrokiem. Ten facet jest aż za przystojny, pomyślała. Powinno się go za to zamknąć. Twarz jak odlana z brązu, usta poety, zabójczo niebieskie oczy, gęste czarne włosy. Kiedy wreszcie udawało się oderwać wzrok od jego twarzy, oczom ukazywała się równie perfekcyjna sylwetka. A gdy do tego dodać lekki irlandzki akcent, cóż, wszystko razem tworzyło cholernie dobry zestaw.
– Walka z chemi-bandytami nie umywa się do tego, co zamierzam zrobić. – Eve skrzywiła się, słysząc nutę skargi w swoim glosie. Nie miała w zwyczaju narzekać. Prawdą jednak było, że wolałaby stawić czoło nabuzowanemu ćpunowi, niż rozmawiać o lamówkach.
Lamówkach, Chryste Panie.
Zmełła w ustach przekleństwo i powiodła spojrzeniem za Roarkiem, idącym przez dużą sypialnię. Ten człowiek potrafił w najbardziej zaskakujących momentach sprawiać, że czuła się jak idiotka. Jak teraz, kiedy usiadł przy niej na wysokim szerokim łożu i ujął ją pod podbródek.
– Jestem w tobie beznadziejnie zakochany.
No proszę. Ten facet o kusząco niebieskich oczach i przywodzącej na myśl obrazy Rafaela urodzie wyklętego anioła kochał ją.
– Roarke. – Z trudem zdusiła w sobie ciężkie westchnienie. Gdyby stała twarzą w twarz z szalonym mutantem trzymającym w ręku gotowy do strzału laser, co jej się już nieraz zdarzało, czułaby się pewniej niż teraz, kiedy musiała pokonać tak wielkie wzruszenie. – Zrobię to. Przecież ci mówiłam.
Roarke uniósł brwi. Nie mógł się nadziwić, że Eve nie zdaje sobie sprawy, jak ponętnie wygląda w tej chwili, zakłopotana, z niedbale przyciętymi jasnobrązowymi włosami, sterczącymi na wszystkie strony i z cienkimi zmarszczkami zwątpienia i irytacji między brwiami. Z jej dużych oczu w kolorze whisky biło napięcie.
– Eve, moja droga. – Pocałował ją delikatnie w zaciśnięte usta, po czym musnął wargami dołek w podbródku. – Nigdy w to nie wątpiłem. – Kłamał. Ciągle obawiał się, że ona jednak zmieni zdanie. – Mam parę spraw do załatwienia. Wczoraj wróciłaś późno i nie mogłem cię spytać o plany na dzisiaj.
