
– Do trzeciej w nocy obserwowałam dom Binesa.
– I co?
– Wszedł mi prosto w ręce, nafaszerowany środkami odurzającymi i wymęczony długą sesją relaksacyjną. – Uśmiechnęła się, ale był to uśmiech łowcy, złowrogi i zimny. – Ten gnojek przymaszerował do mnie, jakby był moim osobistym androidem.
– To dobrze. – Roarke poklepał ją po ramieniu i wstał, po czym wsunął głowę do przestronnej garderoby i zaczął przeglądać swoją kolekcję marynarek. – No a dzisiaj? Musisz przygotować jakieś raporty?
– Dzisiaj mam wolne.
– Tak? – Odwrócił się do niej zaskoczony, trzymając w ręku piękną ciemnoszarą marynarkę z jedwabiu. – Jeśli chcesz, przełożę część moich popołudniowych zajęć.
Eve pomyślała, że to tak, jakby generał chciał przełożyć zaplanowane przez siebie bitwy na inne terminy. Według Roarke'a, biznes był wojną, toczoną na wielu frontach i przynoszącą zyski.
– Jestem już umówiona. – Znów przybrała posępną minę. – Idę na zakupy – wymamrotała. – Po suknię ślubną.
Roarke uśmiechnął się ciepło. W ustach Eve te słowa były jak wyznanie miłości.
– Nic dziwnego, że tak się dąsasz. Ale przecież powiedziałem ci, że się tym zajmę.
– Sama wybiorę swoją suknię ślubną. I sama ją kupię. Nie wychodzę za ciebie dla twoich cholernych pieniędzy.
Roarke nadal się uśmiechał, nienagannie elegancki jak marynarka, którą wkładał.
– Czemuż więc pani za mnie wychodzi, pani porucznik? – Nachmurzyła się jeszcze bardziej, ale nie zamierzał ustąpić. Zawsze był uparty. – Mam ci podpowiedzieć?
– Bo nie przyjmujesz do wiadomości sprzeciwu. – Podniosła się i wcisnęła ręce do kieszeni dżinsów.
– Za taką odpowiedź możesz dostać najwyżej pół punktu. Spróbuj raz jeszcze.
– Bo mi odbiło.
– Oj, bo nie wygrasz głównej nagrody: romantycznej podróży dla dwojga do Świata Tropików na Star Pięćdziesiąt.
