
Artyści różnej maści, od malujących farbami olejnymi i akwarelami po pracujących wyłącznie na komputerze, reklamowali swoje dzieła na rogach ulic i pod sklepami, konkurując z handlarzami, którzy zachwalali hybrydy owoców, mrożone jogurty czy sałatki warzywne bez środków konserwujących.
Po okolicy snuli się członkowie Sekty Czystych, o błyszczących oczach i ogolonych głowach, ubrani w śnieżnobiałe, sięgające ziemi szaty. Eve wcisnęła jednemu z nich, wyglądającemu na szczególnie natchnionego, kilka żetonów i w nagrodę została obdarowana świecącym kamyczkiem.
– Czysta miłość – powiedział mężczyzna z nabożnym uśmiechem. – Czysta radość.
– Tak, jasne – burknęła Eve i zeszła mu z drogi.
Musiała zawrócić, żeby trafić do budynku, w którym miał swoją pracownię Leonardo. Młody zdolny projektant zajmował poddasze na drugim piętrze. W oknie wychodzącym na ulicę roiło się od kolorów i fasonów, na widok których Eve nerwowo przełknęła ślinę. Miała raczej tradycyjny gust – beznadziejny, zdaniem Mavis.
Zbliżając się teraz na ruchomej platformie do budynku, zaczęła dochodzić do wniosku, że gust Leonarda nie jest ani tradycyjny, ani beznadziejny.
Gdy spojrzała na wystawę zawaloną piórami, paciorkami i jaskrawymi gumowymi ubiorami, po raz kolejny tego dnia poczuła ucisk w żołądku, tym razem dwa razy silniejszy. Owszem, fajnie byłoby zobaczyć, jaką minę zrobiłby Roarke, gdyby pokazała mu się w czymś takim; z drugiej strony jednak nie zamierzała brać ślubu w błyszczącym obcisłym kostiumie z gumy.
A było tam więcej, o wiele więcej niezwykłych kreacji. Wyglądało na to, że Leonardo szczerze wierzy w siłę reklamy. Główny eksponat, trupioblady, pozbawiony twarzy manekin, stał owinięty mnóstwem przezroczystych szali, które migotały tak intensywnie, że materiał wydawał się żywy.
Eve niemalże czuła jego dotyk na ciele.
O nie, pomyślała. Nie ma mowy, żebym tu weszła. Odwróciła się, pragnąc czym prędzej stąd czmychnąć, i wpadła prosto na Mavis.
