
Requiem aeternam dona eis,
Domine, et lux perpetua luceat eis.
Kyrie eleison,
Christe eleison,
Kyrie eleison.
W skład ekspedycji do Supernova Sagittarii wchodziło pięćdziesiąt istot ludzkich i płomień. Wyprawa przebyła długą drogę z orbity okołoziemskiej, zatrzymując się na Epsilon Lyrae, by zabrać swego ostatniego członka. Od tego miejsca zbliżała się do swego celu etapami.
Oto paradoks: czas jest aspektem przestrzeni, a przestrzeń — czasu. Wybuch nastąpił kilkaset lat wcześniej, nim ujrzeli go na Lasthope ludzie, którzy brali udział w trwającym całe pokolenia programie badań cywilizacji istot całkowicie różniących się od nas; pewnej nocy unieśli oczy i ujrzeli światło tak jasne, że rzucało cienie.
Po paru stuleciach od tej chwili czoło fali świetlnej osięgnęłoby Ziemię. Byłaby wtedy tak znikoma, że na niebie rozbłysnąłby tylko jeszcze jeden jasny punkt. Jednakże przez ten czas statek przeskakujący ponad przestrzenią, przez którą musiało się wlec światło, mógłby wyśledzić rozciągniętą w czasie śmierć wielkiej gwiazdy.
Przyrządy zapisały ze stosownej odległości to, co wydarzyło się przed wybuchem: kolapsująca ognista masa, gdy wypaliły się już ostatki jądrowego paliwa. Jeden skok i ujrzą to, co wydarzyło się stulecie temu: skurcz, burza kwantów i neutronów, promieniowanie równe temu, jakie wydzieliłaby połączona masa stu miliardów słońc tej galaktyki.
Promieniowanie zanikło zostawiając po sobie pustkę w przestworzach, a Krukprzysunął się bliżej. Pokonawszy pięćdziesiąt lat świetlnych — pięćdziesiąt lat! — badał kurczący się żar w środku mgły, która świeciła jak błyskawica.
Dwadzieścia pięć lat świetlnych później główna kula zmalała jeszcze bardziej, mgławica rozszerzyła się i przygasła. Ale teraz odległość była o wiele mniejsza, więc wszystko wydawało się większe i jaśniejsze. Gwiazdozbiory bladły w porównaniu z oślepiającym żarem, na który nie sposób było patrzeć gołym okiem. Teleskopy ukazywały niebiesko-białą iskrę w sercu delikatnie postrzępionej na brzegach, opalizującej chmury.
