
Krukprzygotowywał się do ostatniego skoku w bezpośrednie sąsiedztwo Supernovej.
Kapitan Teodor Szili przeprowadzał swój ostatni krótki obchód. Statek pomrukiwał wokół niego, pędząc z przyspieszeniem 1 g, by osiągnąć wymaganą wewnętrzną prędkość. Buczały silniki, poćwierkiwały urządzenia kontrolne, szumiały wentylatory. Kapitan czuł rozpierającą go moc. Otaczał go jednak obojętny i chłodny metal. Przez iluminatory widać było miriady gwiazd, upiorny łuk Drogi Mlecznej; poza tym próżnia, promieniowanie kosmiczne, zimno bliskie zeru absolutnemu, niewyobrażalna odległość od najbliższego ludzkiego ogniska. Miał zabrać swoich ludzi tam, gdzie nikt przedtem nie dotarł, w środowisko, o którym nikt nie mógł nic pewnego powiedzieć, i ciążyło mu to ogromnie.
Zastał Eloise Waggoner na posterunku, w klitce bezpośrednio połączonej interkomem z mostkiem dowódcy. Przyciągnęła go muzyka; kaskada tryumfujących i pogodnych dźwięków, których nie rozpoznał. Stojąc w przejściu ujrzał, jak Eloise siedzi przed małym magnetofonem na biurku.
— Co to jest? — zapytał.
— Och! — kobieta (nie mógł o niej myśleć jako o dziewczynie, choć jeszcze niedawno była nastolatką) wzdrygnęła się. — Ja… czekałam na skok.
— Należy czekać w stanie gotowości.
— Cóż mam robić? — odpowiedziała mniej bojaźliwie niż zazwyczaj. — Nie obsługuję statku i nie jestem naukowcem.
— Jesteś członkiem załogi, jako technik łączności specjalnej.
— Z Lucyferem. A on lubi muzykę. Twierdzi, że dzięki niej bliżsi jesteśmy utożsamienia niż dzięki czemukolwiek, co jest mu o nas wiadome.
Szili uniósł brwi. — Utożsamienia?
