Rumieniec napłynął na wąskie policzki Eloise. Utkwiła wzrok w podłodze i mięła dłonie. — Może to nie jest dobre słowo. Pokój, harmonia, jedność… Bóg?… Czuję, o co mu chodzi, ale nie mamy odpowiedniego słowa.

— Hm. Cóż, uszczęśliwianie go należy do twoich obowiązków. — Kapitan przyjrzał się jej, usiłując stłumić powracające uczucie obrzydzenia. Domyślał się, że na swój niezręczny i ograniczony sposób była dobrą dziewczyną, ale jej wygląd! Koścista, wielkie stopy, duży nos, wyłupiaste oczy, grube i tłuste włosy koloru pyłu; no i, szczerze mówiąc, telepaci zawsze wprawiali go w zakłopotanie. Twierdziła, że potrafi czytać tylko w myślach Lucyfera, ale jak było naprawdę?

Nie. Nie myśl tak. Nawet bez podejrzeń wobec własnych ludzi osamotnienie i odmienność może cię tu doprowadzić na skraj załamania nerwowego.

Jeśli Eloise Waggoner jest naprawdę człowiekiem. Musi być co najmniej jakimś mutantem; każdy kto potrafi porozumiewać się w myśli z ożywionym wirem, jest pewnie czymś takim.

— A więc co grałaś?

— Bacha. Trzeci Koncert Brandenburski. Jemu, to znaczy Lucyferowi, nie podobają się te nowoczesne kawałki. Mnie także.

No pewnie, zadecydował Szili. Na głos zaś powiedział: — Słuchaj, startujemy za pół godziny. Nie wiadomo, gdzie trafimy. Po raz pierwszy ktoś znajdzie się tak blisko niedawnej Supernovej. Mamy tylko tę pewność, że nie przeżyjemy dawki twardego promieniowania, jeśli wysiądą nasze pola ochronne. Poza tym jest tylko teoria. A że kolaps jądra gwiezdnego jest we wszechświecie czymś jedynym w swoim rodzaju, więc powątpiewam w trafność teorii. Nie możemy siedzieć i śnić na jawie. Musimy się przygotować.

— Tak, kapitanie. — Gdy szeptała, jej głos tracił zwykłą chropawość.

Wpatrzył się w punkt gdzieś poza nią, poza obsydianowymi oczami liczników i przyrządów kontrolnych, tak jakby mógł przeniknąć przez otaczającą go stal i spojrzeć prosto w Kosmos. Wiedział, że tam szybuje Lucyfer.



4 из 14