
Kiedy spotkanie się skończyło, Marek miał nadzieję na krótką rozmowę z Alypią Gavrą — w zdominowanym przez różne ceremonie i reguły Videssos, takie okazje nadarzały się zbyt rzadko. Niestety, uczepił się go Mertikes Zigabenos, gdy wychodzili przez wypolerowane do połysku brązowe drzwi Sali Dziewiętnastu Tapczanów. Videssański oficer powiedział:
— Mam nadzieję, że jesteś zadowolony z kapłana, którego ci przysłałem.
W każdych innych okolicznościach Skaurus odpowiedziałby jakimś grzecznym komplementem. W końcu, Zigabenos starał się zrobić jemu i jego ludziom przysługę. Jednak widok Alypii, oddalającej się wraz z wujem w kierunku prywatnych komnat rodziny cesarskiej, zirytował go wystarczająco, by stał się szczery.
— Nie mogłeś znaleźć kogoś, kto by tyle nie pił? — zapytał. Mróz ściął przystojną twarz Zigabenosa:
— Z pewnością. Najmocniej cię przepraszam — powiedział. — A teraz, jeśli pozwolisz… — z zimnym, wystudiowanym co do cala ukłonem, odsunął się od trybuna.
Gajusz Filipus podszedł do Marka.
— A temu znowuż na jaki wlazłeś odcisk? — zapytał, patrząc na sztywno oddalającego się Zigabenosa. — Tylko nie mów mi, że byłeś z nim szczery.
— Obawiam się, że tak — przyznał trybun. Czasami — pomyślał — nie można było zrobić gorszego błędu w stosunkach z Videssańczykami.
Zamieszanie związane z przygotowaniami do wymarszu nie odciągnęło legionistów od ich porannych zajęć na polu ćwiczeń. Gdy powrócili stamtąd pewnego dnia, Marek zastał koszary tak brudne i zagracone, że nawet obecna przeprowadzka nie była tego w stanie usprawiedliwić. Rozzłoszczony poszedł szukać Pullo i Worenusza. Zaniedbanie jakiejkolwiek pracy nie pasowało do nich, nawet gdy była to praca tak zniechęcająca jak sprzątanie.
