
— Ej tam, Flakus! Wyrównaj! — krzyczał Gajusz Filipus.
Rzymianin przesunął się o cal czy dwa i popatrzył pytająco do tyłu. Gajusz Filipus obrzucił go karcącym spojrzeniem, raczej z przyzwyczajenia niż ze złości. Szybko ogarnął wzrokiem resztę żołnierzy.
— W porządku, ruszamy! — rzucił krótko. Trąbki i rogi powtórzyły jego komendę metalicznym głosem.
Videssańscy strażnicy przy Srebrnej Bramie zasalutowali Markowi jak jednemu ze swoich oficerów, pochylając głowy i przyciskając prawą pięść do piersi na wysokości serca. Oddał pokłon, ale spojrzał na obite żelazem wrota i najeżoną kolcami kratę bez cienia sympatii — zbyt wielu niezastąpionych Rzymian padło, bezskutecznie próbując je sforsować zeszłego lata. Tylko dzięki rebelii wewnątrz miasta, Thorisin Gavras mógł z powodzeniem domagać się tronu od Ortaiasa Sphrant-zesa, choć właściwie Ortaias był kiepskim przywódcą. Przy umocnieniach takich jak w stolicy, obrona nie wymagała specjalnie sprawnego dowodzenia.
Legioniści przemaszerowali przez zacienione przejście pomiędzy zewnętrznymi i wewnętrznymi murami miasta, i nagle otoczył ich zgiełk Videssos. Wejście do stolicy zawsze przypominało haust mocnego wina. Nowo przybyły oddychał głęboko, otwierał szerzej oczy i ponownie przystawiał dzban do ust.
Ulica Środkowa, główna arteria Videssos, była Markowi doskonale znana. Rzymianie przemaszerowali nią w dniu, kiedy po raz pierwszy weszli do stolicy, tędy też dokonali desperackiego ataku na kompleks pałacowy, kiedy chwiał się tron Ortaiasa. Przechodzili nią niezliczoną ilość razy, to w stronę placu ćwiczeń, to znów wracając do koszar.
