
Dzisiaj maszerowali dosyć wolno — jak zwykle, Ulica Środkowa była zatłoczona. Trybun żałował, że nie mają herolda, który torowałby im drogę wśród ulicznego ruchu, jak podczas pierwszego dnia w Videssos, ale był to luksus, którym nie mógł się już cieszyć. Legioniści szli zaraz za parą ogromnych, skrzypiących wozów, pełnych piaskowożółtego wapienia, przeznaczonego zapewne na jakąś budowę. Tuzin koni ciągnęło każdy z nich, ale i tak posuwały się w ślimaczym tempie.
Sprzedawcy tłoczyli się i uwijali jak muchy, nadskakując maszerującym żołnierzom i wychwalając głośno zalety swoich towarów: kiełbas i smażonych ryb (które miały swoje własne muchy), win, lodów o przeróżnych smakach — ulubionego przysmaku zimowego, ale teraz, przy gorącej pogodzie, kiedy przynosił je specjalny goniec, były za drogie dla większości legionistów — wyrobów ze skóry, wikliny czy brązu, i afrodyzjaków.
— Będziesz mógł to zrobić siedem razy w ciągu nocy! — dramatycznie wykrzykiwał sprzedawca. — Proszę, panie, może chciałbyś spróbować?
Wyciągnął fiolkę w kierunku Sekstusa Minucjusza, świeżo promowanego podoficera. Minucjusz był wysoki, przystojny i młody. Jego policzki i broda były stale pokryte granatowoczarnym cieniem zarostu. W uwieńczonym grzebieniem hełmie i doskonale wypolerowanej kolczudze, był niezwykle atrakcyjnym mężczyzną.
Wyjął mały słoik z chudej ręki Videssańczyka, podrzucił go kilka razy, jak gdyby zastanawiając się nad zakupem i oddał z powrotem.
— Nie, zatrzymaj to sobie — powiedział. — Nie chciałbym się ograniczać tylko do siedmiu razy.
Legioniści rechotali głośno, śmiejąc się nie tylko z dowcipu, ale i z miny skonfundowanego handlarza — jednego z bezczelnych videssańskich pyskaczy.
