
Na ekranie przesunęły się zdjęcia powietrzne polan w tropikalnej dżungli i miejskich ulic. Były bardzo wyraźne, chociaż wykonano jeż wykorzystaniem olbrzymiego powiększenia z wysokości pięćdziesięciu mil. Zwykle podobne zdjęcia nie dawały wyobrażenia o cechach fizycznych mieszkańców leżącej w dole planety, jednak tym razem było inaczej. Lioren zauważył wiele rozciągniętych na ziemi ciał.
Kapitan przyjął obrazy o wiele spokojniej niż Dracht-Yur, którego kultura charakteryzowała się specyficznym stosunkiem do szczątków zmarłych, jednak musiał przyznać, że taka masa zwłok mogła stworzyć zagrożenie epidemiczne.
Lioren zaczął się zastanawiać, czy ocaleli uczestnicy walk nie chcieli czy nie mogli pochować swoich poległych. Na ekranie pojawił się tymczasem nieco mniej wyraźny obraz dwóch istot, które leżąc na ziemi, okładały się i gryzły, gdzie popadło. Czyniły to jednak tak powoli, że ich poczynania kojarzyły się raczej z aktem płciowym niż z walką.
Nidiańczyk jakby odczytał myśli Liorena.
— Tych dwóch wygląda na niezdolnych do wyrządzenia sobie większej krzywdy — powiedział. — Z początku myślałem, że są po prostu mało wytrzymali, potem jednak trafiliśmy na przeciwników walczących zajadle przez cały dzień. U tych dwóch można zauważyć charakterystyczne odbarwienia skóry, które nie pojawiają się u wielu innych. Z tego, co wiemy, istnieje wyraźny związek między podobnymi śladami a stopniem wyczerpania. Chyba można przyjąć, że obserwowane osobniki są bardziej chore niż zmęczone. Niemniej i tak nie powstrzymuje ich to przed próbami zabicia się nawzajem.
Lioren uniósł lekko jedną kończynę z blatu i wyciągnął środkowe w tarlańskim geście szacunku i aprobaty. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, co znaczyło, że musi wypowiedzieć się głośno.
