
Uchylił cicho drzwi i wszedł do środka.
W pierwszym pomieszczeniu zwisała z sufitu lampa oliwna. W jej blasku widać było kilka wiszących na ścianach rycin oraz wiązki zasuszonych roślin, które roztaczały miły aromat. Z boku stała długa ława z czterema wyściełanymi krzesłami i szafka przypominająca biblioteczkę. Meble były masywne, ale niezbyt starannie wykonane, w większości z drewna. Kilka pochodziło z masowej produkcji. Wszystkie były stare i poobijane, niczym świadectwa dawnych, lepszych czasów. Sam środek pokoju był wolny, na podłodze leżał gruby dywan z jakiegoś włókna, który skutecznie tłumił kroki niespodziewanych gości.
Drzwi do wszystkich trzech pozostałych pomieszczeń stały otworem. Z tego, w którym przygotowywano posiłek, dobiegało stukanie, jakby ktoś mieszał czymś w garnku, oraz ciche, nieprzetłumaczalne zawodzenie. Lioren nie potrafił orzec, czy jest to pojękiwanie wywołane bólem czy śpiew. Już miał tam wejść, gdy Dracht-Yur złapał go za jedną ze środkowych kończyn i pokazał na wejście do sąsiedniego pokoju.
Jeden z Ziemian zamknął drzwi i chwycił mocno za klamkę, aby nie można było otworzyć ich od środka, następnie wyciągnął trzy palce drugiej ręki i obniżył dłoń do wysokości biodra. Potem pokazał dwa palce i obniżył dłoń jeszcze bardziej, aż wysunąwszy tylko jeden palec, pomachał dłonią w okolicy kolan. Na koniec puścił na moment klamkę, przytulił bok głowy do złożonych dłoni i zamknął oczy.
Lioren nie od razu pojął, o co chodzi. Potem przypomniał sobie, że niektóre istoty, w tym i ludzie, przyjmują podobną pozycję podczas snu. Całość miała zapewne znaczyć, że w pokoju znajduje się troje dzieci, z których jedno jest bardzo małe, i że wszystkie śpią.
