
Dracht-Yur zbadał skanerem mechanizm zamka, potem sprawdził wnętrze na obecność żywych istot.
— Zaraz za progiem jest obszerne pomieszczenie, obecnie puste — powiedział szeptem przez radio. — Z niego wchodzi się do trzech mniejszych pokoi. Pierwszy też jest pusty, w drugim znajdują się dwie albo i trzy leżące tuż obok siebie istoty, które wydają ciche odgłosy, charakterystyczne dla fazy snu. Być może są chore albo ranne. W trzecim pokoju porusza się ktoś, dość powoli, ale chyba w zorganizowany sposób. Dochodzące stamtąd dźwięki wskazują, że zajmuje się przygotowywaniem posiłku. Wydaje się, że mieszkańcy nie spostrzegli jeszcze naszej obecności. Zamek w drzwiach jest dość prosty — dodał Nidiańczyk. — Składa się z rygla, który nie został wewnątrz w żaden sposób zabezpieczony. Wystarczy podnieść go i wejść.
Lioren odetchnął z ulgą. Gdyby musieli wyważać drzwi, trudniej byłoby potem przekonać obcych o dobrych intencjach. Jednak na razie nie chciał jeszcze wchodzić. Nie czuł się na siłach, by stawić czoło czterem tubylcom jedynie w towarzystwie niewielkiego Nidiańczyka. Poczekał zatem, aż pozostali zjawili się z meldunkami, że reszta zabudowań jest pusta, jeśli nie liczyć sprzętu rolniczego i nierozumnych zwierząt gospodarskich.
Szybko zapoznał wszystkich z rozkładem domu.
— Największe ryzyko wiąże się z tymi dwoma albo trzema istotami, które znajdują się w pomieszczeniu na wprost drzwi. W żadnym razie nie możemy pozwolić im wyjść, dopóki nie zrozumieją sytuacji. Czterech z was będzie pilnować drzwi, druga czwórka okna ich pokoju, na wypadek gdyby chcieli uciekać, Dracht-Yur i ja spróbujemy porozmawiać z tym jednym, który jest zajęty w kuchni. I pamiętajcie, przez cały czas zachowujcie się jak najciszej i unikajcie gestów, które mogłyby zostać odczytane jako agresywne czy nieprzyjazne. Nie róbcie im krzywdy, nie niszczcie sprzętów ani żadnych innych przedmiotów.
