
Wtedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Trzy dni pił dla kurażu, aż któregoś ciepłego jesiennego popołudnia zapuścił się znów na lipnickie trzęsawiska. Drogę przeszedł parę razy z Bogorią i pamiętał znaki, ale ani się obejrzał, jak zboczył ze ścieżki. Tak był pijany, że nawet się za bardzo nie przeraził. Kluczył po błocie do zmierzchu, nucąc pod nosem nieobyczajne przyśpiewki. Kiedy zaś z wolna popadał w przygnębienie, znienacka wyszedł na brzeg nieopodal rebelianckiej wioski.
Wtoczył się do środka przez boczną bramę, cały pokryty błotem i przegniłym zielskiem. Na wartownika, co mu drogę zastąpił, tak się zamachnął kopiennickim szarszunem, że dyl nadszczerbił u ostrokołu, po czym ile sił w nogach popędził ku chacie Koźlarza. W środku obradowano nad niebłahą sprawą. Obok księcia siedzieli Kostropatka, czterej wilczojarscy posesjonaci, którzy posępnie moczyli posiwiałe wąsiska w piwie, i Narzazek. Koźlarz sekretnie uczynił go kimś na kształt podskarbiego, choć klucze do skarbczyków po staremu nosił Kostropatka. Zbójcy zdawało się też, że Narzazek musi się znać z Koźlarzem z dawnych czasów, chociaż ich poufałość nie rzucała się zanadto w oczy, bo obaj byli milkliwi i mało wylewni.
Twardokęsek byłby się może zastanowił, co ich wszystkich zegnało do książęcej chaty, ale pośrodku stołu dojrzał wielki gliniany dzban piwa. Przypadł do niego bez namysłu i pił długo a chciwie. Panowie szlachta gapili się na niego wybałuszonymi oczami. Tylko wąsy im jeszcze bardziej obwisły ze zdumienia. Kostropatka zastygł z paluchem oskarżycielsko wyciągniętym ku zbójcy, lecz dech mu chyba zaparło, bo choć gębą ruszał, nie zdołał wydobyć ani słowa. Jeden Narzazek w skupieniu ugniatał kulki z resztek kołacza. Wreszcie zbójca skończył, czknął i odstawił naczynie.
