
Bogini uśmiechnęła się do pana Krzeszcza, tylko do niego, i wiedział, że dobrze odgadł jej życzenie.
Miała oczy przejrzyste jak płatki jabłoni. Jak oczy jego matki, zapamiętane z surowej blachy trumiennego portretu.
Pochylił nisko głowę, chcąc jednym szarpnięciem wyrwać miecz. Nieomal poczuł pod palcami chłodny metal głowicy, gdy kilka kroków za nim zachlupotało bagno. Ktoś zwalił się w błotnistą breję.
– A bodajby wciórności! – zaklął tamten ze złością.
Pan Krzeszcz poczuł, jak rękojeść wyślizguje mu się z palców. Pochwycił ją rozpaczliwie, spróbował szarpnąć ku sobie. Ostrze ani drgnęło.
– No, popatrzcie, ludzie, jakie cudeńka! – rozległ się za nim chrapliwy, pełen szyderstwa głos spichrzańskiego farbiarza. – Szalejuś się, stary, napił, że we ćmie z krzakami wojujesz?
Rozmodlenie pana Krzeszcza prysło bez śladu. Kątem oka dojrzał, jak bogini blednie i osuwa się w wodę, zmienia w słaby cień na powierzchni. Stał na niewielkiej kępie pośrodku bagniska, tuż przed karłowatą czeremchą i jego własny miecz był wbity głęboko w pień. Kwiaty dzięgielu błyskały tu i ówdzie w oparze jak błędne ogniki, będące duszami zmarłych, którym poskąpiono odkupienia.
Spichrzański rebeliant wygramolił się z błota i z krzywym uśmiechem popatrzał na pana Krzeszcza. W ręku trzymał końską szczękę na kiju, straszliwą broń żalnickiego chłopstwa. I znowu był pijany, choć pan Krzeszcz po wielekroć napominał go, by nieprzystojnym zachowaniem nie czynił sobie wstydu i ludzi do złego nie kusił.
– Ostrożnie z tym żeleźcem, ojciec – zakpił Siny Paluch – bo krzywdę jeszcze se zrobisz i nieszczęście będzie. No chowaj, powiadam! – huknął i potrząsnął kiścieniem. – Albo kulasy utrącę!
