Farbiarz na chwilę zastygł ze zdumienia. Nie spodziewał się podobnej wymówki.

– A niby czyje? – roześmiał się nieco fałszywie.

– Jej!

Chmura zasłoniła księżyc. Z biegłością, nabytą podczas niezliczonych karczemnych burd, zajazdów i pijackich potyczek, pan Krzeszcz wydobył miecz i ciął farbiarza przez szyję. Nawet nie poczuł oporu, tylko kilka kropelek krwi upadło mu na twarz. Usta rebelianta poruszały się jeszcze, kiedy jego głowa wyprysnęła w powietrze i poszybowała ku ciemnej powierzchni bagniska. Pan Krzeszcz miał wrażenie, że z głębi moczaru uniosły się zachłanne ręce upiorów, pochwyciły ją i wciągnęły w topiel.

Potem księżyc pokazał się na nowo. Pan Krzeszcz popatrzył przytomniej. U pnia czeremchy leżał bezgłowy zewłok farbiarza. Prócz niego wokół nie było nic prócz tumanu i sitowia.

Otarł miecz, pochylił się nad trupem i dobył mu zza pazuchy flaszkę z resztą gorzałki. Wylał trunek pomiędzy krze i stąpając ostrożnie, podszedł na sam skraj kępy. Nad taflą bajora unosiła się mdła woń zgnilizny i rozkładu. Pan Krzeszcz przyklęknął i ostrożnie zaczerpnął wody we flaszkę. Wiedział, że o poranku opuści biczowników i odtąd będzie wędrował sam, aby należycie wypełnić nakaz, który dojrzał w opuchniętych twarzach ofiar moru.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jesienne słoty zaczęły się na dobre, kiedy Twardokęsek doturlał się wreszcie do Książęcych Wiergów.

– No, no! – Zacmokał z podziwem, spoglądając na potężne wały usypane wokół miasta, ostrokoły, strażnice, świeże widać, bo drewno na nich jeszcze nie pociemniało, i zaczątki kamiennych murów obronnych. – Mieszczankowie się zbroją, ani chybi pobogacieli ostatnimi czasy. Ale dobrze. Zda się nam odrobina wytchnienia i strawy dobrej – dodał z nadzieją, bo podczas wędrówki wychudł tak, że żebra mu przez skórę sterczały niby ości.

Siedział na koźle w przetartej chłopskiej opończy, która wprawdzie nie chroniła przed chłodem, przesłaniała jednak krwawe pręgi od kańczuga, których się nabawił, gdy nazbyt opieszale pokłonił się żalnickiemu wielmoży.



24 из 599