Na nogach miał łapcie z łyka, na głowie wieśniaczy kapelusz, ozdobiony rzędem drobnych muszelek. Ponad wózkiem unosił się potworny smród zatęchłej kapusty i przegniłej rzepy. Twardokęsek wszakże jechał radośnie i podśpiewywał skoczną piosenkę. Pozwolił nawet Nieradzicowi wdrapać się na tył wózka, żeby dzieciak nie musiał dreptać po błotnistych miejskich uliczkach.

Męczarnia wreszcie dobiegła końca, a w podwójnym dnie beczki z kiszoną kapustą wciąż mieli książęce złoto.

Wózek zachybotał się na wielkim kamieniu, który niecnie wystawał z błota. Nieradzic bez namysłu zeskoczył w środek bajorka i podparł furę ramieniem. Twardokęsek skinął głową, kryjąc pod wąsem uśmiech. Udał mu się chłopak, udał się jak złoto, choć na Półwyspie Lipnickim ani śmiał przypuszczać, że taką będzie miał pomoc i wyrękę. Przeciwnie, był pewien, że Koźlarz przysposobił smarkacza na szpiega i zawalidrogę.

Z czasem musiał jednak przyznać, że dzieciak okazał się grzeczny, pokorny i łatwy w obejściu. Bez żadnych kaprysów oporządzał woły, warzył strawę, wóz przez błoto popychał. Znać było, że nie pierwszyzna mu po trakcie wędrować. A bez barwionych skórzanych trzewików i pańskiego kubraka z guzami nie złościł już zbójcy jak wcześniej. Powoli Twardokęsek porzucił więc zamysł, aby go na południu sprzedać handlarzom za uczciwe srebrne grosze. Za młodego zdrowego niewolnika wiele płacono. Jednak zbójca uznał, że stać go na drobną rozrzutność. Niech se chudzina pożyje, postanowił i machnął ręką.

Z prześwitu pomiędzy drewnianymi budami wytoczył się wóz, po brzegi wyładowany dębowymi beczkami i ciągniony przez dwa wielkie perszerony. Na widok zbójeckiej fury woźnica uczynił rozpaczliwy wysiłek, aby powściągnąć zaprzęg, ale nadaremno.

– Na bok, na bok! – krzyknął z przestrachem.



25 из 599