
Nie zwlekając dłużej, pochwycił za łokieć najbliższego czeladnika.
– Kościeja szukam – burknął, nie siląc się na uprzejmość.
– A po co? – spytał obojętnie chłopak. – Jeśli masz wiadomość, siadaj pod ścianą, między innymi. – Pokazał długą ławę, na której tkwił rządek pomniejszych interesantów, czekających, aż agenci uporają się z kupieckimi poselstwami. – Trzaska cię przepyta, jak przyjdzie twoja kolej, i za trud wynagrodzi, jeżeli mu się wiadomość przyda. Pan Kościej rzadko do sieni schodzi. A dzisiaj insze zgoła ma sprawy na głowie.
Zbójca wysłuchał przemowy, z lekka tylko zezując ku strażnikowi, który wciąż zastanawiał się z mozołem, czy gość, choć obszarpany i brudny, nie jest aby w prawie, by włazić do sieni.
– Do Kościeja mam sprawę – syknął zbójca, mocniej przytrzymując łokieć chłopaka – nie do jego sługi!
Rozmowy przy stołach ścichły jeszcze bardziej i kupcy zaczynali na nich znacząco spozierać.
– To se na niego czekajcie! – Chłopak wyszarpnął się. – Jeno na progu, nie tutaj. Bo w izbie burd nie będzie! Hej, Złostnik, mało razy mówilim, żeby żebractwo na progu trzymać? Pokażcie mu jego miejsce.
Na gębie pachoła z halabardą odbiło się szczere rozradowanie. Jednak zanim zdążył zrobić kilka kroków, Twardokęsek w pełni pojął sens słów chłopaka.
– A ty ścierwo kupieckie! – rozdarł się, bo choć był w chłopskim przebraniu, ani przez myśl mu nie przeszło, że go wezmą za proszalnego dziada i wyrzucą na zbity pysk. – Już ja cię uprzejmości nauczę! – Po czym porwał karło inkrustowane macicą perłową i migiem roztrzaskał je na łbie niefortunnego młodziana.
Stołek rozpadł się z trzaskiem, pacholik legł jak długi. Zbójca pochwycił za wielki srebrny lichtarz i począł się nim oganiać przed pisarczykami, którzy ruszyli w sukurs poturbowanemu koledze. Najbezczelniejszemu przypalił świecami czuprynę.
