
Razy ustały nagle.
– Won poszli, psubraty! – rozległ się znajomy głos. Twardokęsek potrząsnął głową i rozejrzał się wokół. Krew z rozbitego czoła kapała mu na oczy.
W głębi sieni, w drzwiczkach, których wcześniej zbójca nie dojrzał, bo je kryły kręcone schody, stał wysoki mężczyzna w kubraku z czarnego sukna i złotym łańcuchu na szyi. Palce zatknął za pas ze srebrnych ogniw. Kołysał się na obcasach butów ze srebrnymi klamerkami i śmiał tak, że mało mu się chuda pierś z uciechy nie rozpękła.
– Precz, powiadam, niecnoty! – krzyknął. Łzy biegły mu po policzkach jak groch. – Przestańże jeden z drugim, bo precz przepędzę. Przecie to jest mój krajan i przyjaciel serdeczny, jeno że w przebraniu dla bezpieczeństwa. No, niech mu który pomoże dźwignąć się z ziemi.
– Nie trza. – Zbójca odepchnął rękę, wyciągniętą z wahaniem przez tego samego pisarczyka, któremu osmalił kudły. – Sam wstanę – dodał, gramoląc się niezdarnie, bo w boku wciąż go rwało i ledwie mógł dech złapać.
– No, nie krzyw się więcej. – Gospodarz otarł załzawione od wesołości oczy i szybkimi kroczkami pobiegł ku niemu przez izbę. – Przednio udała się szutka.
Zbójca spojrzał ku niemu spode łba.
– Chodźże prędzej. – Kościej uśmiechnął się podstępnie i ujął go pod ramię. – Wieczerza czeka.
– Szutka? – upewnił się zbójca.
– Ano z samego rana przydyrdał żebrak Weszka, żeby się poskarżyć, że go za niewinność ganią, bo jako żywo miejsca Kulasowi nie podebrał i kłamstwo jest, jakoby go zeszłej nocy gracą poturbował. I kiedym usłyszał o tym czarnobrodym, który po mieście łazi i o mnie rozpytuje, cosik mnie tknęło. – Popchnął zbójcę ku drzwiczkom. – Ostrożnie aby, bo nisko – dodał dokładnie w tej chwili, gdy Twardokęsek walnął czołem o powałę.
