
Potem wszakże nastały czasy nudne i stateczne. Zwajcy debatowali po nocach o wojowaniu, co się z wiosną rozpocznie. Koźlarz znosił się z miejscową szlachtą i dobierał doradców. Rebelianci, zamiast uczciwie gromić po lasach pomorckie podjazdy, ścinali sosny na nowe chaty i strugali dyle do ostrokołu. Nawet wiedźma sporządniała niezmiernie i trzymała się z resztą bab w chacie, wyszywając proporce przy wtórze nabożnych pieśni.
Tylko Szarka była jak dawniej. Siedziała na skraju morza, za nic sobie mając ludzką obmowę. Ale zbójcę też po staremu pędziła od siebie, więc nie miał z niej żadnej pociechy.
Z opresji niespodzianie ocalił go Bogoria. Bies jeden wiedział, jakim sposobem stary łotr wywąchał, gdzie znaleźć rebeliancką kompanię. Pewnego poranka wyłonił się znienacka z chaszczy w poszarpanym przyodziewku, brudny i cuchnący skwaśniałym piwskiem. Rozpędził szablą młodzików ze straży, po czym długo łaził pomiędzy chatami, które wciąż świeciły świeżą słomą, i z zadziwienia cmokał wargami. Na widok Twardokęska, z braku lepszego zajęcia drzemiącego na słonku, uradował się wyraźnie.
– Cóż to, mości zbójco, wy nie przy ciesiołce? – zagadnął zgryźliwie. – Nie krzątacie się jako mróweczka?
– Co mnie do tego? – Twardokęsek potoczył ręką po obozowisku, na wpół opasanym poszarpaną linią palisady.
– Ano nic – Bogoria zgodził się pogodnie.
Bez ceremonii przysiadł się do zbójcy, wyjął z sakwy bukłaczek i pociągnął siarczyście.
– Bom się zastanawiał, czy nie cni wam się czasem – zagaił, podając Twardokęskowi naczynie – do jakiej maleńkiej awanturki na trakcie.
Zbójcy aż się oczy zaświeciły.
– Mam wiadomość pewną, że przyszłej niedzieli Pomorcom, co w Staroźrebcu stoją, żołd przywiozą. A jest bród na drodze, ledwie dwa stajania od miasta, lecz dobrze w lesie – ciągnął Bogoria. – I tak mnie myśl naszła, że jakby się tam w łozinie człek rozumny przytaił…
