
– Czemu bym miał nie pójść? – burknął nieprzyjaźnie. – Nic mnie tu nie trzyma.
– Ano myślałem sobie, że nic. – Bogoria popatrzał na niego bystro.
I tak się wszystko zaczęło, w rzadkiej łozinie u brodu. Zbójca przesiedział w niej z Bogorią pół nocy, racząc się sowicie siwuchą dla pokrzepienia i rozgrzania zastałych członków. Kiedy furgonik ze złotem wytoczył się z lasu, dymiło im z czupryn niczym z kurnej chaty. Na nieszczęście przy wozie jechał tuzin zbrojnych. Zbójca poczuł zaledwie użądlenie, gdy pomorcka włócznia ukąsiła go w bok. Walczył dzielnie dalej, opędzając się od dwóch pachołków, którzy natarli na niego z krótkimi mieczami. I dopiero gdy ciepły strumyczek połaskotał go po żebrach, spostrzegł, co się stało. Ryknął niczym zraniony buhaj, pochylił łeb i na oślep poszarżował naprzód. Zresztą nie bardzo miał jak patrzeć, bo z wściekłości przed oczami stał mu czerwony opar.
Nie oprzytomniawszy z pijackiego widu, rozłupał kufer ciężkim kopiennickim ostrzem, a potem śmiał się serdecznie, gdy Bogoria ganiał po trawie, zbierając talary w worek, naprędce powiązany z kapoty. Sam zbójca biegać nie mógł, bo od upływu krwi zesłabł przemożnie.
Z następnych paru dni Twardokęsek zapamiętał jedynie mroczny alkierz na tyłach gospody w Staroźrebcu, wielkie łoże, wybornego świniaka z rusztu, piwo, donoszone przez usłużnego oberżystę, oraz półtuzin wielce przyjaznych dziewek. Gdy wreszcie wychynął z izby, rana na boku przyschła trochę. Trzos miał nieomal pusty, lecz uczyniło mu się radośniej na duszy. Bogoria był kompan zacny. Przeważnie pił i swawolił, a jeśli gadał, to z sensem – o dziewkach, zbójowaniu i gorzałce, nie zaś przepowiedniach i bogach. Okrutnie się przez to zbójcy spodobał, więc Twardokęsek się nie wzdragał nadmiernie, kiedy mu szlachcic naraił kolejny grasunek na trakcie.
