
Orszak królewski, do którego i ja należałem, zgromadził się na podwyższeniu ze świeżych desek przy nie dokończonym łuku bramy Rzecznej. Parada odbywa się z okazji zbudowania tego łuku, kończącego Nowy Trakt i Port Rzeczny Erhenrangu, wielką operację pogłębiania rzeki i budowy dróg, która zajęła pięć lat i miała wyróżniać panowanie Argavena XV w annałach Karhidu. Stoimy na trybunie dość ciasno stłoczeni w naszym przemoczonym przepychu. Deszcz ustał, świeci na nas słońce, wspaniałe, olśniewające, zdradzieckie słońce Zimy.
— Gorąco. Naprawdę gorąco — mówię do sąsiada z lewej.
Sąsiad, przysadzisty ciemny Karhidyjczyk z gładkimi, mocnymi włosami; ubrany w grubą, wyszywaną złotem kurtę z zielonej skóry, grubą białą koszulę i grube spodnie, z łańcuchem z ciężkich srebrnych ogniw szerokości dłoni na szyi, pocąc się obficie odpowiada: — Oj, tak.
Wokół nas, stłoczonych na trybunie, masa zwróconych w górę twarzy mieszkańców miasta, jak ławica brązowych, okrągłych kamyków, połyskująca niby drobinami miki tysiącem bacznych oczu.
Teraz król wkracza na pochylnię z surowego drewna, prowadzącą z trybuny na szczyt łuku, którego nie połączone jeszcze kolumny górują nad tłumem, nadbrzeżami i rzeką. Wywołuje to w tłumie poruszenie i potężny szept: Argaven! — Król nie odpowiada. Gossiwory odzywają się grzmiącym, niezgodnym rykiem i milkną. Cisza. Słońce świeci na miasto, rzekę, mrowie ludzi i na króla.
