
Co zaskakujące, uwięzieni na tych czterech planetach byli w stanie podróżować wewnątrz tego systemu, bowiem mikroorganizm w ich ciałach zmutował się na tyle, iż nie rozpoznawał już Lilith jako swej ojczystej planety, a znalazłszy się w stanie homeostazy, nie widział powodów do dalszych zmian.
Człowiek mógł więc żyć, pracować i budować na Rombie Wardena, ale kiedy już tam się znalazł, nie było dla niego żadnej drogi odwrotu.
Naturalnie, nie powstrzymywało to naukowców, którzy przybywali i zakładali kolonie, choć na samej Lilith było to bardzo trudne, skoro zmuszeni byli korzystać wyłącznie z materiałów miejscowych. Przybywali tam jednak przygotowani, przybywali przeprowadzać badania i odkrywać tajemnice Rombu Wardena. Po dwóch wiekach ich potomkowie ciągle zajmowali się tym samym, wspomagani — od czasu do czasu przez świeżych przybyszów, ale postępy badali były znikome. Dopingowało ich to jedynie do dalszej wytężonej pracy.
W końcu to jednak nie uczeni badacze zasiedlili Diamenty Wardena, lecz tak zwane elementy aspołeczne. Dość wcześnie bowiem, kiedy uświadomiono sobie ogrom problemu, wystąpiono z pomysłem, iż te cztery światy są więzieniem najdoskonalszym z, doskonałych.
Wysyłano tam przeto nie dostosowanych całymi setkami wszystkich, którym koneksje pozwalały uniknąć fachowców od „reedukacji”, tych których geniusz lub szczególny talent uległby zniszczeniu w czasie owej reedukacji, więźniów politycznych z niezliczonych światów. Wysyłano ich wszystkich, zamiast zabijać czy zmieniać im psychikę, w nadziei iż jakiś przyszły rywal, który odniesie wreszcie sukces, będzie pamiętał, że go nie zabito ani nie odmóżdżono, a jedynie zesłano. Płeć była nieważna. Był to najlepszy element aspołeczny, polityczno — kryminalna elita. Żyli więc tam, płodzili dzieci i umierali, a ich dzieci żyły po nich, rodziły własne dzieci, i tak dalej.
