
Dolg, strażnik dwóch szlachetnych kamieni, przykładał teraz szafir do piersi Marca. To wyraźnie łagodziło cierpienia księcia.
Ostatni wielki blok kamienny został usunięty z nóg Marca. Faron i Dolg z trudem wstrzymywali okrzyki zgrozy. Nogi były dosłownie zmiażdżone.
– Jak zdołamy go przenieść na pokład? – jęknął Faron. – Dolg, co szafir mógłby jeszcze zrobić?
Obaj wiedzieli, że takie rany jak te mógłby wyleczyć tylko jeden człowiek, a mianowicie sam Marco. Wiedzieli jednak również, że niezwykle rzadko zdarza się, by uzdrowicielskie siły ktoś nimi obdarzony mógł spożytkować dla siebie samego. Dolg przypominał sobie zresztą, że Marco kilkakrotnie o czymś takim wspominał. Cudowna moc, którą został obdarzony, nie działa na jego organizm.
Dolg spojrzał na szafir, który zdążył ukryć pod kurtką, żeby brudny deszcz nie padał na piękny klejnot.
– Nie wiem, Faron – powiedział swoim łagodnym głosem. – Szafir jest zmęczony, bo w ostatnich czasach używaliśmy go zbyt często. Widzisz, niebieskie promienie są bardzo słabe. A farangil…
Umilkł. Popatrzyli po sobie nawzajem. Farangil, groźny czerwony kamień, został niebezpiecznie uszkodzony, stał się mętny i niemal granatowy po wszystkich spotkaniach ze złem, przez jakie musiał przejść w górach. Poza tym farangil to siła atakująca, w najlepszym razie obronna, siejąca zniszczenie. Chyba w tej sytuacji się nie nada.
Przypominali sobie jednak, jakim intensywnym blaskiem kamień płonął, jakby ze szczęścia, pewnego razu, zresztą całkiem niedawno, kiedy mógł działać pozytywnie, a nie tylko przeciwstawiać się atakom czy mordować przenikniętych złem wrogów.
– Przyniosę go – zdecydował Dolg i wstał.
Musiał przedzierać się przez otaczających ich kręgiem przyjaciół, stojących w skalnym rumowisku, pragnących pomóc.
Na pokładzie J2 znajdował się jedynie Tich oraz duchy żywiołów, zbyt wrażliwe, by spotkać się ze złem na zewnątrz. Dolg opowiedział pośpiesznie Tichowi o strasznym stanie Marca i o tym, jak próbują uratować jego nogi.
